Konkatedra Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny

Legendy

Posłuchaj legendy o Pięknej Madonnie Gdańskiej:


Legenda z tomu „Z legendą przez wieki”,

autor: Stan Bogdan,

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o. (Gdańsk – Pelplin) 2012

(fot. Monika Giejło)

Na masywną wieżę Mariacką wiodło dawniej 365 stopni, tyle ile dni w roku.

Wisiało w niej siedem dzwonów: Osanna z 1373 roku, zwany inaczej Sturmglocke, czyli dzwon na trwogę, o wadze 56 cetnarów, Apostolica z 1383 roku o wadze 75 cetnarów, Campana Cymbala, zwany też Sybilla, z końca XIV wieku, Dominicalis z 1423 roku, Gratia Dei, zwany również Ave Maria, z 1445 roku o wadze 130 cetnarów (do jego rozkołysania potrzebnych było dwunastu mężczyzn), Ferialis, czyli Viola, z 1463 roku oraz najmniejszy wiszący ponad innymi dzwonami – Die Lange Glocke, czyli dzwon Długi, ufundowany przez mieszkańców ulicy Długiej. Ponadto na środkowej sygnaturce wisiał Epistel Glocke, czyli dzwon listów apostolskich z 1482 roku, na zachodniej sygnaturce od ulicy Piwnej – Betglocke, czyli dzwon modlitewny, i na wielkiej sygnaturce, na skrzyżowaniu nawy głównej i transeptu, dzwon połączony z zegarem.

Każdy z nich miał swe przeznaczenie. Osanną dzwoniono na trwogę, a więc w wypadku pożaru, zamieszek, najazdów. Apostolica używany był w święta apostołów. Sybillą dzwoniono w czasie pogrzebów. Dominicalis dzwonił w niedzielę. Największy Gratia Dei odzywał się trzy razy dziennie na Anioł Pański. Ferialis dzwonił w dni powszednie.

Jak mówi stara gdańska legenda dzwony Mariackie wypełniały nieraz nadzwyczajne, specjalne zadania.

Spośród różnych nieszczęść, spadających na miasto w jego długich dziejach, najstraszliwszym była morowa zaraza, czyli dżuma, zwana również czarną śmiercią. Pojawiała się ona nieoczekiwanie i atakowała wszystkich bez wyjątku, patrycjuszy i plebs, bogatych i biednych, rajców i żebraków, uczonych i analfabetów, starszych i młodych. Za każdym razem zbierała zaiste ponure żniwo.

Nie pomagało przysypywanie zmarłych warstwami wapna, zasłanianie twarzy płóciennymi chustami, okadzanie domów siarką, bursztynem czy różnymi ziołami. Nie pomagała ucieczka z miasta.

20 sierpnia 1639 roku zmarł i został pochowany w kościele Mariackim przed kaplicą św. Anny, sławny Martin Opitz, poeta i teoretyk literatury, historiograf króla Władysława IV Wazy, twórca jednolitego niemieckiego języka narodowego, autor libretta do opery Daphne. Zaraził się ofiarując na ulicy datek ubogiemu. Nikt nie wiedział jak uchronić się przed zarazą.

Powietrze zasnute było dziwną żółtawą mgłą. Wilgotne opary nie przepuszczały promieni słońca.

Kiedy wszystko zawiodło jeden z gdańskich uczonych przypomniał o starym lekarzu, astrologu i egzorcyście imieniem Damiano. Mieszkał on w dalekiej Wenecji. Natychmiast przygotowano do drogi szybki, lekki żaglowiec dowodzony przez najzdolniejszego w mieście kapitana. Wyszedł on wkrótce w morze i skierował się ku zaprzyjaźnionej z Gdańskiem Republice Weneckiej.

Stary doktor Damiano przyjął zaproszenie i niezwłocznie wyruszył do Gdańska. Z przybyszem spotkała się natychmiast w największej dyskrecji Tajna Rada, w skład której wchodziły wszystkie najważniejsze w Gdańsku osoby. Spotkanie odbyło się w Izbie Radnych przy kościele Mariackim, używanej do poufnych spotkań dyplomatycznych, gdyż zabezpieczała ona przed podsłuchem. W spotkaniu owym uczestniczył pisarz parafii Mariackiej, którego żona przed kilku dniami również zachorowała na dżumę.

Po wnikliwym zbadaniu powietrza, wody, nieba i ziemi oraz wielu chorych Wenecjanin oświadczył, że jest przekonany, iż winowajcą są złe moce. Można je zwyciężyć tylko gorącą modlitwą ludu, połączoną z odpowiednią modlitwą gdańskich dzwonów. Przy czym do dzwonów Mariackich trzeba koniecznie dodać dźwięk małego dzwonka zawieszonego w sygnaturce kościoła św. Jana. Problem w tym, że może go jednak dotknąć tylko człowiek nieobciążony żadnym grzechem. Czy znajdzie się taki w mieście?

Wśród zebranych zapadła głęboka cisza. Po dłuższym milczeniu odezwał się Mariacki pisarz:

– Mam małego synka Chrystiana. Jest on wspaniałym chłopcem, na swój wiek silnym i odważnym. Byłby on zdolny do wykonania tego zadania.

Członkowie Tajnej Rady odetchnęli z ulgą.

Mały Chrystian przekonany, że uratuje życie swej mamie, bez trudu wdrapał się na sygnaturkę kościoła św. Jana i zdjął z niej niewielki barokowy dzwonek.

O dziewiątej wieczorem miały się odezwać wszystkie Mariackie dzwony, rozkołysane w odpowiedniej kolejności przez niewidomych dzwonników. Do nich musiał dołączyć dźwięk dzwonka z kościoła św. Jana.

Mały Chrystianek, z owym dzwonkiem ukrytym pod kaftanem, biegiem pokonał kręte ceglane schody prowadzące na strop świątyni. Gdy już znalazł się na drewnianych schodach we wieży, zastąpił mu nagle drogę nieznany mężczyzna o ostrych, wyrazistych i złośliwych rysach twarzy. Ubrany był w czarny smoking. Nogawki spodni zaznaczone były jaskrawo czerwonymi lampasami. Błyszczały także dziwnym, niepokojącym światłem złociste guziki marynarki i duży złoty sygnet na palcu.

– Hola, hola! Dokąd tak śpieszno? Zatrzymaj się maluchu! – odezwał się skrzekliwym głosem.

Chrystian rzeczywiście zatrzymał się, zaskoczony sytuacją. Nieznajomy lewą ręką pchnął, bez żadnego wysiłku, wielką i ciężką drewnianą okiennicę, chroniącą wnętrze wieży przed śniegiem i deszczem. Kościstym palcem prawej ręki wskazał na ukryty pod kaftanem dzwonek i wykrzyknął:

– Wyrzuć to natychmiast przez okno! Ale już!

Mały Chrystian domyślił się już, że ma przed sobą złego ducha, o którym zresztą wiele opowiadano w długie zimowe wieczory. Przeraził się nie na żarty. W pierwszej chwili nie wiedział co robić, ani co powiedzieć. Przypomniał sobie jednak swoją chorą mamę i rezolutnie odpowiedział:

– Nigdy!

– Ach tak! Taki jesteś odważny. Mógłbym ci odebrać ten dzwonek w jednym momencie, ale powiem ci coś, zuchu. Wiem, że został odlany ze spiżu, którego najbardziej nienawidzę, ze starej brązowej chrzcielnicy. A więc koniec dyskusji. Wyrzuć to natychmiast, smarkaczu, bo stracę cierpliwość!

– Zejdź mi z drogi zły duchu i przepuść mnie, bo inaczej gorzko tego pożałujesz! – rezolutnie zawołał mały Chrystian.

– Ach tak? Mówisz, mój zuchu: przepuść mnie! Proszę bardzo, droga wolna! – ze złością zaskrzeczał ponury elegant.

Chrystian poczuł, że jakaś potężna siła uniosła go w górę i ustawiła na zewnętrznym, wąskim gzymsie wieży. Usłyszał też huk gwałtownie zatrzaskiwanej okiennicy. Chłopiec zobaczył przed sobą potężną przepaść. Kamienice wyglądały jak małe klocki, a ludzie jak krasnoludki. Zaczął krzyczeć ze wszystkich sił:

– Na pomoc! Na pomoc! Ratunku! Ratunku! Tato! Tato! Mamusiu!

W tym samym momencie rozległo się ogłuszające bicie siedmiu Mariackich dzwonów. Ślepi i prawie głusi od ciągłego hałasu dzwonnicy ze wszystkich sił ciągnęli za sznury, według kolejności ustalonej przez doktora Damiano. Równocześnie odmawiali modlitwę. Brzmiało to pięknie, lecz zarazem tak, jakby zabrakło jednej frazy melodii lub jednej linijki w wierszu. Zwrócił na to uwagę pełen niepokoju ojciec Chrystianka. Nagle poderwała się z łóżka chora żona Mariackiego pisarza.

– Słuchaj! Słuchaj! Tam gdzieś w górze nasz synek wzywa pomocy!

Ojciec wybiegł na ulicę i wnet zobaczył wysoko w niszy okiennej małego Chrystiana. Po chwili pędził już ile sił w nogach po krętych schodach przeskakując po kilka stopni naraz. Drżącymi rękoma wyrwał założony skobel, ostrożnie otworzył okiennicę, uwolnił syna i obaj pobiegli na pomost, gdzie niewidomi dzwonnicy wykonywali swą pracę. Chrystian uczynił znak krzyża i oburącz zaczął potrząsać niedużym świętojańskim dzwonkiem.

Teraz muzyka dzwonów zabrzmiała pełnią tonów. Popłynęła w dół z taką potęgą, że w mieście pootwierały się wszystkie okna. Ludziom wydawało się, że dźwięki dzwonów układają się w słowa:

Hosanna! Hosanna! Hosanna!

Od czarnej śmierci i złego ducha

Ocali nas Najświętsza Maria Panna!

Zaledwie umilkła modlitwa dzwonów, niebo przykryły ciemne, ciężkie chmury. Rozległ się niesamowity huk i łoskot, przypominający jakby walkę Archanioła Michała z szatanem z Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga, wiszącego od wieków w kościele Mariackim. Każde uderzenia wyzwalało pioruny. Jeden z nich uderzył w sygnaturkę św. Michała, znajdującą się na dachu kościoła od strony ulicy Chlebnickiej, która zapaliła się i doszczętnie spłonęła, aż do trzonu muru. Do dziś przypomina o tym umieszczona na odbudowanej wieżyczce pamiątkowa tablica.

Po burzy zerwał się silny wiatr. Następnie spadł obfity deszcz. Rano powietrze było czyste i rześkie. A nad Gdańskiem ukazała się przepiękna kolorowa tęcza.

Chorzy, w tym matka małego Chrystiana, zaczęli wstawać z łóżek, dziękując Panu Bogu za cud. W Gdańsku bez śladu minął czas morowego powietrza.

Nawet nie dostrzeżono kiedy z miasta wyjechał doktor Damiano.

Jedynie przy bramie cmentarnej znaleziono wyrwany, jakby w trakcie zaciekłej walki, kawałek poły czarnego smokingu z błyszczącym złotym guzikiem w kształcie trupiej czaszki.

Pod koniec II wojny światowej dzwony Mariackie uległy zniszczeniu w ogniu pożaru lub wywiezione zostały do Niemiec.

Po wojnie Gdańszczanie, w odbudowanej z ruin Mariackiej wieży, zawiesili dwa dzwony: Gratia Dei o wadze 7.850 kilogramów, odlany ze szczątków swego poprzednika o tej samej nazwie, i Ave Maria o wadze 2.600 kilogramów.

Oba nowe dzwony zabrzmiały po raz pierwszy nad Gdańskiem i okolicą na Wielkanoc 2 kwietnia 1972 roku.

Głoszą one nadal chwałę Bożą. Dźwiękiem swym wzywają do modlitwy i wieszczą ludziom radość.


Legenda z tomu „Z legendą przez wieki”,

autor: Stan Bogdan,

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o. (Gdańsk – Pelplin) 2012

Posłuchaj legendy o Złotym baranku.


Legenda z tomu „Z legendą przez wieki”,

autor: Stan Bogdan,

muzyka: Jarosław Bazylewicz

Pa dzikim stiepjam Zabajkała I. Kondratiewa – śpiewa J.Bazylewicz

Katiusza M, Blantera, M Isakovsky’ego – śpiewa duet A.J. Bazylewicz

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o. (Gdańsk – Pelplin) 2012

         W momencie, gdy rozpoczyna się nasza opowieść w Gdańsku otwierała się nowa karta dziejów. 11 lutego 1454 roku, po 146 latach, zakończył się okres panowania Krzyżaków. Wydawało się, że barwna tęcza na gdańskim niebie będzie zwiastunem nowego czasu: stabilizacji i pokoju.

         Wkrótce okazało się jednak, że zagospodarowanie odzyskanej niezależności nie będzie ani łatwe, ani proste. Miasto musiało poradzić sobie najpierw z wieloma problemami wewnętrznymi, później zaś ze zmieniającą się sytuacją polityczną.

Jesienią 1456 roku wybuchły w Gdańsku poważne zamieszki. Ośrodkiem fermentu stał się klasztor dominikanów. W nim zaczęli się zbierać rebelianci wrogo nastawieni do bogatego patrycjatu. Szczególną aktywność przejawiali mieszkańcy kwartału przy Targu Rybnym. Przewodził im Marcin Kogge, o dziwo sam przedsiębiorca i bardzo bogaty kupiec, prowadzący rozległe interesy w Polsce, Prusach i Anglii. Skupił on wokół siebie nie tylko kupców, ale również zamożne rzemiosło.

Do otwartego wystąpienia przeciwko Radzie Miasta doszło 28 września. Powodem były plotki o rzekomej ugodzie rajców z najemnymi żołnierzami, zezwalającej na wymuszanie okupu od mieszczan tytułem zaległego żołdu. Przy okazji rebelianci postanowili zlikwidować akcyzę i podatek od okien wystawowych. Następnego dnia wystąpili także ze śmiałym projektem obalenia starej Rady i wyboru nowej. Co rzeczywiście po trzech dniach przeprowadzono.

Nocą z 1 na 2 października Marcin Kogge zwołał tajne zebranie swych zwolenników, na które sprowadził oddział najemników. Zaproponował obsadzenie ratusza 400 żołnierzami, rozdanie biedocie części miejskich pieniędzy, wydanie najemnikom kilku znamienitych patrycjuszy, dla uzyskania z ich majątku zaległego żołdu oraz wezwanie do ratusza bogatych wierzycieli, gdzie miałoby im odebrać i spektakularnie spalić listy dłużne, co uniemożliwiłoby dochodzenie jakichkolwiek należności.

Dwaj uczestnicy spotkania powiadomili Radę Miasta oraz burmistrza Reinholda Niederhofa o planowanym zamachu, oskarżając równocześnie Marcina Kogge o zamiar wydania Gdańska Krzyżakom.

Klasztor dominikanów został więc natychmiast obsadzony przez wiernych Radzie żołnierzy.

Szef rokoszan Marcin Kogge publicznie wyparł się swego programu. Pospólstwo zaś zadowoliło się wprowadzeniem do nowej Rady swych reprezentantów, którzy zajęli miejsca najbardziej znienawidzonych rajców.

Jednakże nowa Rada nie tylko nie zniosła istniejących obciążeń podatkowych, lecz po paru tygodniach sama wprowadziła nowe opłaty: od zbóż, nasion, napoi, wszystkich przywożonych i wywożonych towarów oraz czynszów i rent.

28 stycznia 1457 roku grupa Koggego przedstawiła gubernatorowi królewskiemu w Prusach Janowi Bażyńskiemu nowy, obszerny program antypatrycjuszowskich reform dotyczący również władz i ustroju miasta.

Rada Miasta zareagowała bardzo ostro. Wysłannicy zostali aresztowani. Marcina Koggego oskarżono o planowanie zamordowania rajców i wydania miasta Krzyżakom. Nie widząc większego poparcia Kogge ratował się ucieczką do Łeby, gdzie został ujęty. Ścięto go w Gdańsku 17 lutego 1457 roku. Karę śmierci wymierzono jeszcze jednemu członkowi grupy. 17 osób zamieszanych w spisek uniknęło śmierci jedynie dzięki szybkiej ucieczce. Za innymi wystosowano listy gończe.

Kilka lat później zawiązano w Gdańsku kolejny spisek. Zrodził się on w kręgach rzemieślniczych. Na jego czele stanął mydlarz Gregor Koch. Ideologiem ruchu był doctor licentiatus Mateusz Schuneman. Przybył on świeżo do Gdańska z zagranicznych studiów. Spiskowcy planowali nie tylko obalenie władz miejskich, lecz również wymordowanie od 40 do 50 patrycjuszy i splądrowanie ich domów. Przygotowania trwały dwa lata. Termin powstania wyznaczono na 13 lipca 1463 roku. Tym razem Rada również została uprzedzona o planowanym zamachu i stłumiła spisek w zarodku. Skazano i stracono 23 przywódców i najaktywniejszych uczestników grupy.

Na szczęście sytuacja na arenie międzynarodowej sprzyjała stabilizacji. Polska odnosiła sukcesy na polach bitew.

W 1457 roku Polacy odzyskali Malbork. W 1462 roku armia polska wygrała decydującą bitwę pod Świeciem. W roku następnym połączone floty Gdańska i Elbląga na Zalewie Wiślanym rozbiły flotę krzyżacką. Państwu Zakonu Krzyżackiego zajrzała w oczy całkowita ruina finansowa.

19 października 1466 roku uroczyście zawarto pokój toruński, kończący trzynastoletnią wojnę z Krzyżakami.

Gdy zamilkły armaty mogły przemówić muzy.

Ojcowie kościoła Mariackiego postanowili zrobić coś z niedokończonym zegarem na chórze nad zakrystią. Przed dwoma laty zamówiono go u miejskiego ślusarza Krumdicka. Mistrz jednak rozchorował się i umarł nie skończywszy rozpoczętego dzieła.

Ktoś zaproponował, aby zwrócić się do cieszącego się wielką sławą Mistrza Hansa Düringera z Torunia.

Propozycja została przyjęta. Rozpoczęto niełatwe pertraktacje.

Miał to być bowiem zegar niezwykły, przypominający raczej współczesny komputer.

Chodziło o czasomierz multimedialny, który powinien nie tylko odmierzać czas, ale również pełnić funkcję kalendarza, by można było według niego określać daty świąt ruchomych, pierwszeństwo dni liturgicznych, zasady obowiązujące przy doborze formularzy Mszy świętych i odmawianiu brewiarza, dni imienin, a nawet termin płacenia podatków – wówczas dziesięciny (10% od sumy dochodu).

Zegar miał ukazywać również obroty ciał niebieskich, a więc fazy Księżyca, położenie Słońca i Księżyca wobec znaków Zodiaku, wygląd Księżyca na niebie, zmiany pór roku.

Co więcej, dla przyjemności i radości gdańszczan zegar powinien wydzwaniać kwadranse i godziny, wygrywać różne melodie i przedstawiać prawdziwy teatr figur. Mieli tam pojawiać się Adam i Ewa, Apostołowie i Ewangeliści, Najświętsza Panna z Dzieciątkiem i wiele innych postaci.

Wysokość wielkiego zegara miała wynosić 14 metrów. Składać się on powinien z trzech kondygnacji: kalendarium, planetarium i teatru figur.

Nic dziwnego, że pertraktacje się przeciągały. Ojcom kościoła chodziło o jakość dzieła, jego koszt oraz czas wykonania.

Mistrz Hans Düringer skrycie obawiał się czy poradzi tak niezwykłemu zadaniu. Powtarzał jednak w duchu:

– Nie powinienem się bać, bo przecież byłoby to wątpieniem w moc Boga, który dał mi talent.

Był on człowiekiem pobożnym i głęboko wykształconym. Zgłębił tajniki mechaniki, astronomii i astrologii, matematyki i geometrii, teologii, a zwłaszcza liturgiki, interesował się sztuką, szczególnie teatrem i cyrkiem. Był znanym wynalazcą. Chodziły słuchy, że w młodości pracował nad stworzeniem perpetuum mobile – samonapędzającego się mechanizmu, bez dostawy energii z zewnątrz. Rychło jednak przekonał się, że jest to niemożliwe i odstąpił od tego projektu.

Mimo, że był już bardzo sławny, odznaczał się skromnością, uprzejmością i życzliwością wobec ludzi. Obdarzony szlachetnym obliczem był równocześnie niezwykle sprawny fizycznie.

Wieczorem 1 maja 1464 roku przedstawiciel starszyzny kościelnej Henryk Hatekann podpisał kontrakt z przybyłym już na dłuższy czas z Torunia Mistrzem Hansem Düringerem, zwanym nieraz Döringiem, na wykonanie w kościele Mariackim zegara astronomicznego.

Całe dzieło miało kosztować 300 marek i 6 węgierskich guldenów. Do tego jeszcze dojść musiały świadczenia w naturze, głównie w postaci domu przy ulicy Świętego Ducha, gdzie Mistrz miał zamieszkać.

Hans Düringer ochoczo zabrał się do pracy. Ściągnął do pomocy również własnego syna. Przez siedem lat jedyną jego rozrywką były długie wieczory spędzane we troje z synem Hansem i synową Urszulą, która umilała je pięknym śpiewem pobożnych, kaszubskich piosenek.

Wreszcie po siedmiu latach w 1470 roku niezwykłe dzieło zostało ukończone.

Po jego odbiorze i poświęceniu zachwycali się nim gdańszczanie i liczni przybysze nawiedzający gród nad Motławą.

     „Cóż może słynny praski zegar mieć osobliwszego w sobie nad ów, który stoi przy zakrystii w tym kościele. Który tamtemu podobnie, pokazuje nie tylko Słońca i Księżyca wschód i zachód każdego dnia przez cały rok, planet i dwunastu niebieskich znaków bieg przez wszystkie godziny, wraz z bardziej subtelnymi ruchami ciał niebieskich, lecz także kalendarz z ruchomymi świętami przez cały rok, przez co księża łatwo się dowiadywali o postu i świąt terminach oraz kościelnych modlitwach; na którym też u góry pod dzwonami, w niedziele i pozostałe święta, rzeźbione figury wychodziły i ewangelię danego dnia o określonej godzinie przedstawiały ku niemałemu zdziwieniu gawiedzi. Między którymi figurkami wychodziły niektóre przed rozpoczęciem i wzywały ludzi na pokaz za pomocą trąbek tak urządzonych, jak owe w Ołomuńcu na Morawach, czy kogut w Strasburgu”.

Radość z posiadania tak wspaniałego dzieła wkrótce niestety została zmącona przez zazdrosną grupę trzymającą władzę, której sen z powiek spędzała obawa, by Mistrz Hans Düringer nie zbudował gdzie indziej drugiego podobnego zegara.

Pojawili się bowiem wysłannicy jednego z miast hanzeatyckich z zamówieniem na wykonanie podobnego dzieła.

W tej sprawie pewnego dnia zaproszono Mistrza do ratusza przed oblicze samego burmistrza, któremu towarzyszyło kilku rajców.

– Doszły do nas słuchy – oświadczył burmistrz – że zamierzasz zbudować zegar, taki jak nasz, dla innego miasta. Czy to prawda?

– Nie, panie burmistrzu, to nieprawda! Każdy artysta stara się o to, by nigdy nie powtarzać swego dzieła, gdyż byłaby to już tylko kopia! Owszem, mam nadzieję wykonać jeszcze inne zegary, nawet większe i piękniejsze od tego, który tutaj postawiłem!

– Przecież zatrudniając was chcieliśmy mieć zegar największy i najpiękniejszy w świecie!

– I taki on jest! Ale przecież moje życie, praca i plany nie kończą się na Gdańsku. Musicie przyznać, że otrzymałem od Boga iskrę talentu i nie mogę jej zakopać, jak ów ewangeliczny nieroztropny sługa.

– Czy to twoja ostateczna decyzja?

– Tak, panie burmistrzu.

Na twarzach obecnych pojawił się grymas niechęci. Audiencja została zakończona.

Do zmartwień publicznych burmistrza doszły jeszcze problemy osobiste. Jego ukochana córka coraz częściej wymykała się z domu.

Dziewczyna na imię miała Hedwigis, czyli Jadwiga. Rodzina i przyjaciele wołali na nią z kaszubska – Jagódka.

Gdy kilka razy ojciec zapytał ją wprost gdzie była, odpowiadała krótko:

– Byłam w kościele. Czy to coś złego?

Istotnie, z krążących po mieście plotek, których echa dochodziły do uszu burmistrza, wynikało, że dziewczyna chodziła rzeczywiście do kościoła Mariackiego, ale nie tylko po to, ażeby się pomodlić. Spotykała się tam również z Mistrzem Hansem.

Sprawnie i bez lęku wspinała się na wysokie rusztowania. Z dużym zainteresowaniem oglądała przeróżne szczegóły powstającego mechanizmu. Tu czy ówdzie dokręcała jakąś śrubkę lub pomagała regulować przeróżne zębate trybiki i kółka. Wnikliwie studiowała, rozłożone na długim stole, astronomiczne wykresy i arkusze z matematycznymi wyliczeniami, proponowała nawet drobne poprawki. Ze znawstwem przypatrywała się drewnianym rzeźbom i malarstwu. Cieszyła się z postępu robót.

Gdy w środkowej części planetarium, na tle złocistych gwiazdek zamontowano wskazówki z tarczami lśniącego słońca i bladego księżyca, ze szczerą radością zaśpiewała, w kwartecie z rodziną Mistrza – synem Hansem i synową Urszulą, hymn ułożony przez świętego Franciszka:

Niech wielbi Cię braciszek słońce,

co daje nam i dzień i noc,

codziennie śle promienne gońce,

wychwala Twoją Boską moc.

Niech wielbi Cię braciszek księżyc,

co srebrem lśni wśród sióstr swych gwiazd,

gdy mróz nasz brat swym puchem śnieży,

on przypomnieniem Twoich łask.

Z zachwytem słuchała fachowych wyjaśnień i szczerze podziwiała zarówno niezwykłe dzieło, jak i wielkiego zegarmistrza.

Zaprzyjaźniła się również z Urszulą i nie raz, nie dwa wspólnie przyrządzały wyśmienitą strawę obu Düringerom, świetnie się przy tym bawiąc. Pogaduszkom i śmiechom nie było wtedy końca.

Podobno to właśnie na prośbę Jagódki Mistrz w strefie kalendarium ukrył swój autoportret.

Główną część najniższej kondygnacji – kalendarium flankują cztery postacie symbolizujące upływ czasu: chłopiec w koronie, młodzieniec ubrany w dwubarwny kaftan, trębacz w sile wieku oraz starzec – Chronos. Młodzieniec podtrzymuje nad głową ryzalit, na którym wyrzeźbiona jest domniemana podobizna Mistrza Hansa.

Burmistrz z powodu niecodziennych zainteresowań swej córki był bardzo niezadowolony. Nie podobało mu się również zaangażowanie dziewczyny. Będąc zwolennikiem starych zasad wychowania obawiał się o jej przyszłość i uważał, że trzeba koniecznie owym spotkaniom stanowczo przeciwdziałać.

Udał się więc do kościoła. Stromymi schodkami nad zakrystią wspiął się na boczny chór, a potem zajrzał do wielkiej szafy zegarowej.

Widząc zegarmistrza stojącego na drabinie wykrzyknął podniesionym głosem:

– Panie Düringer! Pilnuj pan lepiej swojej roboty!

– O co chodzi, panie burmistrzu? – zapytał zdziwiony niespodziewanym atakiem Mistrz Düringer.

– O co chodzi? O co chodzi? Nie wiesz o co chodzi? O niewczesne zamiary wobec mojej córki! Nie życzę sobie, abyś ją wyciągał z domu i zawracał głowę swoimi nowinkami.

Mistrz przerwał robotę, odwrócił się i odparł:

– Jak można tak mówić! Córka pana burmistrza jest dziewczyną zdolną i inteligentną. Zna tajniki astronomii, ma wybitne uzdolnienia matematyczne i artystyczne. Może osiągnąć duże sukcesy w malarstwie i rzeźbie. Powinna się nadal kształcić, a nie siedzieć w domu za piecem.

Z ust burmistrza padła dość grubiańska groźba:

– Ostrzegam cię! Ostrzegam poważnie, chudopachołku! Jeśli się to nie skończy, wyciągnę konsekwencje!

– Nie jestem żadnym chudopachołkiem – spokojnie odpowiedział zegarmistrz, dodając żartem – za samą pracę, nawet tu w Gdańsku dostanę tyle, że mógłbym, za przeproszeniem i z całym szacunkiem, kupić kamienicę pana burmistrza razem z jej czcigodnym właścicielem.

– Jeszcze nie wiadomo, czy ci zapłacimy – wykrzyknął burmistrz.

– No to spotkamy się w sądzie! Jest jeszcze sprawiedliwość w kraju! – padła odpowiedź.

Wkrótce w cichych korytarzach lokalnej dyplomacji musiano podjąć jakieś ściśle tajne i bezprawne decyzje. Świadczyły o tym ostrzeżenia, które dobrzy ludzie dyskretnie przekazywali Mistrzowi.

Pierwszą była Jagódka, która opowiedziała Hansowi, że ojciec wrócił do domu bardzo zły i nie udało się go przekonać, że każde dziecko ma prawo rozwijać swe zdolności i zainteresowania.

Pojawiło się także kilku sprawiedliwych rajców, którzy poufnie informowali, że w ścisłym gronie władz miasta zastanawiano się, jakby uniemożliwić Mistrzowi pracę w innym mieście lub na innym terenie.

Podobno padły nawet złowieszcze słowa: najlepiej by było, gdyby ten niewdzięcznik oślepł!

Te i podobne głosy dochodziły z różnych stron.

Hans Düringer dziękował życzliwym przyjaciołom i spokojnie zapewniał każdego, że jest na wszystko przygotowany.

Czy wiedział jednak co go może spotkać?

Pewnego dnia, gdy promienie zachodzącego słońca rozświetlały jeszcze ciche uliczki miasta, lecz zapadał już zmierzch, Hans Düringer wracał samotnie do domu. Nagle na Targu Rybnym pojawiło się kilkunastu podejrzanych typków. Widać było od razu, że ta zgraja nie przyszła tu po to, by rozegrać towarzyski mecz w palanta.

W jednej chwili podstępni siepacze obezwładnili zaskoczonego Mistrza i rozgrzanym do czerwoności prętem wypalili mu oczy. Rozległ się krzyk ofiary i swąd spalenizny.

Zanim otworzyły się okna sąsiednich kamieniczek, nieznani sprawcy zniknęli. Nie było po nich śladu.

Dobrzy ludzie odprowadzili Mistrza do domu. Władze miasta wyraziły oficjalnie głębokie ubolewanie, podjęły niby intensywne śledztwo, lecz nieznani sprawcy nie zostali odnalezieni. Nie było winnych. Sprawę umorzono.

Po pewnym czasie nastąpiła nieoczekiwana awaria mechanizmu astronomicznego zegara i nikt nie potrafił go uruchomić. To, co miało być chlubą miasta, teraz mogło przynosić mu jedynie wstyd i hańbę.

Ojcowie grodu nad Motławą, na czele z burmistrzem, usilnie prosili i błagali Mistrza, aby uruchomił ponownie swe dzieło.

Zapewniali, że w zamian za to otoczą go opieką i spełnią każde jego życzenie.

– Nie możemy wprawdzie przywrócić wzroku – mówili – lecz przynajmniej postaramy się, by Mistrzowi niczego nie brakowało.

Przyprowadzony przez syna, Hans Düringer wszedł bocznym wejściem do dużej jak izba szafy zegarowej. Wystarczyło kilka ruchów i kolebnik, poprzednik zegarowego wahadła, zaczął się wahać, ruszyły koła, rozległa się muzyka, Apostołowie i Ewangeliści wyszli na swe galeryjki.

Nie trwało to długo, gdyż oto niewidomy Mistrz nagle uderzył w sobie tylko znaną ośkę. Cały mechanizm ruszył w szaleńczym tempie i po chwili rozsypał się na wiele drobnych części.

– Przeklinam ten zegar i was razem z nim! – usłyszeli zdrętwiali z przerażenia ludzie.

Po chwili ciało Mistrza zatoczyło łuk w powietrzu, na moment zawisło na wielkiej wskazówce, odbiło się od barierki ogrodzenia i wylądowało na posadzce.

Wśród obecnych zapanowała zgroza i rozpacz. Jedni uciekli z kościoła. Inni pomogli zanieść ciało Mistrza do domu.

Życie pełne jest jednak tajemnic i wielu zaskakujących zwrotów.

Następnego dnia po tragicznym wydarzeniu zebrała się w ratuszu grupa trzymająca władzę, by omówić organizację uroczystego pogrzebu na koszt miasta.

Jakież było ich zdumienie, graniczące z przerażeniem, gdy w pewnym momencie, w mrocznym kącie sali obrad, ujrzeli przed sobą żywego i zdrowego Mistrza Hansa Düringera.

Niektórzy, nie mogąc opanować chęci ucieczki, cichaczem wymknęli się z sali.

Upłynęło kilka długich minut zanim choć po części otrząsnęli się z szoku. Nikt nie wiedział czy to jakaś zjawa, czy halucynacja, czy niepojęta rzeczywistość. Co to wszystko znaczy? Co należy czynić?

Grobowe milczenie trwało aż do chwili, gdy w końcu normalnym, ludzkim głosem przemówił nieoczekiwany gość:

– Panie burmistrzu! Panowie rajcy! Tak, to jestem ja – Hans Düringer, zegarmistrz. Nie ma co do tego żadnej wątpliwości.

To ja jestem tym wrogiem, którego chcieliście zabić –   przyjaciele – we własną zasłuchani pieśń.

– Ale jak to możliwe? Słyszałem, że Wasza Wysokość Wielce Szanowny Pan Mistrz utracił wzrok, a nawet że zginął, rzucając się ze szczytu zegara na posadzkę kościoła – z nieukrywanym lękiem, zacinając się i plącząc, zapytał burmistrz.

– Takie można było odnieść wrażenie, ale pozory mylą. Jednak jak mówią słowa Psalmu: „Pan ocalił moje życie od śmierci, a nogi od upadku”. Ja zaś starałem się wami wstrząsnąć, gdyż chodzi tu o prawdę i sprawiedliwość.

Przed siedmiu laty przybyłem do Gdańska. Pracowałem w pocie czoła, razem z mym synem i wieloma współpracownikami. Wywiązałem się z podjętych zobowiązań. Postawiłem zegar, największy, jaki w ogóle dotychczas zbudowano. Daleko i szybko rozeszła się jego sława.

A teraz legły między nami światy.

Dlaczego?

Przez ślepą zazdrość, o której mówi Pismo Święte, że jest nieprzejednana jak Szeol.

Byłem jednak silniejszy, gdyż słuszność jest po mojej stronie. Po stronie mych wrogów była tylko nieprawość.

Być może miałem zbyt szybko, zbyt często, zbyt wiele dużych sukcesów. Ale czymże można usprawiedliwić to, co chcieliście mi uczynić?

Ponieważ szczerze kocham to miasto pragnąłem, aby sprawujący w nim władzę zastanowili się, czy nie stoją po złej stronie.

Dziś wszystkim, którzy chcieli wyrządzić mi krzywdę wybaczam i cofam klątwę rzuconą na was i na ten zegar. Cierpliwie strzepuję ją z płaszczyzn pamięci. Warto było w Gdańsku zacząć wędrówkę po ścieżkach historii.

Naprawię wasz zegar i cicho usunę się z miasta.

Publiczność bowiem, tak jak greccy bogowie, szczególnie kocha tych artystów, którzy umierają młodo.

Pragnę tu jednak wrócić przy końcu mej drogi, aby w pięknym kościele Mariackim znaleźć wieczny spoczynek. Liczę na to, że mnie zapamiętacie i przyjmiecie….

Odpowiedzią była długa cisza, a potem niemilknąca burza oklasków.

Wbrew, wydawałoby się oczywistym faktom, Hans Düringer rzeczywiście nie zginął. Naprawił swój ukochany zegar, tak że chodził on aż do 1554 roku. Wyjechał swobodnie z Gdańska i dalej budował zegary: astronomiczny w kościele Mariackim w Rostocku, ratuszowe w Jenie i Grossenhain, być może także inne, o których nie wiemy.

Jak to się stało?

Jak to było możliwe?

W mieście szeptano, że gdy przed laty Mistrzowi zaczęły słabnąć oczy, ze specjalnej, znanej tylko sobie substancji sporządził soczewki kontaktowe, których używał zamiast oculariów. Ostrzeżony, że źli ludzie mogą pozbawić go wzroku, zakładał je zawsze, ilekroć wychodził z domu. To dzięki nim podobno niecny zamach nie wyrządził mu szkody.

A w pamiętnym dniu, w kościele?

Mówią, że w dniu tym, dzięki swym pasjom, którymi były teatr, cyrk i popisy sportowe, w pięknym stylu wykonał podwójne salto, chwytając za dużą wskazówkę zegara, a następnie za kratę ogrodzenia. Dla większego efektu dodał sporą ilość czerwonej farby, która świetnie zastąpiła krew.

Jak chce tradycja Hans Düringer wrócił do Gdańska, gdzie w 1477 roku zmarł i został pochowany pod swoim zegarem.

A jego dzieła? Co z nimi?

Zegar w Rostocku, przebudowany w XVII wieku, działa do dziś. Z zegara w Jenie zachowały się tylko ruchome figury. Zegar w Grossenhain od dawna nie istnieje.

Zegar gdański po 1554 roku popadł w zapomnienie.

W następnych latach wielu zegarmistrzów próbowało go naprawić, ale nikomu się to nie udało.

W końcu władze miasta uwierzyły, że zegar jest przeklęty i konsekwentnie odrzucały kolejne propozycje naprawy. Niszczał więc coraz bardziej, tracił części i wreszcie stał się imponującym wrakiem.

Pod koniec II wojny światowej został zdemontowany i wywieziony ze świątyni. Ocalało z niego tylko jedne koło zębate i około 70 procent zewnętrznej obudowy.

W 1983 roku zorganizował się społeczny komitet odbudowy zegara astronomicznego. Na jego czele stanął profesor dr Andrzej Januszajtis.

16 marca 1987 roku na specjalnej konstrukcji ustawiono ponownie olbrzymią szafę zegarową.

Zakończenie pierwszego etapu odbudowy zegara nastąpiło w 650. rocznicę położenia kamienia węgielnego pod budowę kościoła Mariackiego – 25 marca 1993 roku.

Dziś, owiany legendą, gdański zegar astronomiczny nadal cieszy ludzi odwiedzających świątynię i poprzez wieki głosi geniusz swego twórcy.


Legenda z tomu „Z legendą przez wieki”,

autor: Stan Bogdan,

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o. (Gdańsk – Pelplin) 2012

Posłuchaj legendy: Bezcenna zdobycz.


Legenda z tomu „Z legendą przez wieki”,

autor: Stan Bogdan,

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o. (Gdańsk – Pelplin) 2012

W prezbiterium świątyni Mariackiej od strony południowej znajduje się kaplica Jedenastu Tysięcy Dziewic, współtowarzyszek św. Urszuli zamordowanych przez okrutnych Hunów.

Kaplicę ową ufundował, wywodzący się z możnego rodu gdańskich patrycjuszy, burmistrz Gerdt van der Beke.

W roku 1425 pochował w niej swą ukochaną żonę Demöt z domu Ummen. Spoczęły w niej również trzy ich córki.

Na przyporze kaplicy wisi najstarsze w bazylice Mariackiej epitafium wykonane w formie obrazu.

Na sierpie księżyca z ludzką twarzą stoi Najświętsza Maria Panna w koronie na głowie, otoczona promienistą mandorlą. W dłoni trzyma biały goździk. Na ramieniu zaś, na pieluszce, podtrzymuje Dzieciątko, które prawą ręką chwyta za swą lewą nóżkę.

Obok Madonny znajduje się nieco niższa postać świętej Barbary. Trzyma ona model wieży zdobionej trzema blankami i potrójnymi oknami. Święta Barbara wskazuje na klęczące Demöt i jej trzy córki.

Wszystkie kobiety ubrane są w białe suknie. Matka ma na głowie białą chustę, a na ramionach ciemnoniebieski płaszcz. Córki na suknie narzucone mają czerwone płaszcze, na głowach zaś złociste, haftowane czepce.

U dołu umieszczony jest herb rodziny van der Beke.

Na twarzach Matki Boskiej i św. Barbary widoczny jest lekki uśmiech. Epitafium utrzymane jest w pogodnym nastroju.

Około 1430 roku w kaplicy Jedenastu Tysięcy Dziewic znalazła się bezcennej wartości, przepiękna grupa Ukrzyżowania, dzieło Mistrza Pięknej Madonny Gdańskiej.

Współcześni badacze sztuki negują jednorodność grupy Ukrzyżowania w jej obecnej formie.

Czas wykonania postaci Chrystusa przenoszą na okres około 1600 roku. Należy przychylić się do tej opinii.

O jej słuszności świadczy wyjątkowy realizm rzeźby, z zachowaniem najdrobniejszych szczegółów. Również pod względem kolorystycznym rzeźba potraktowana jest rewelacyjnie.

Ciało Chrystusa utrzymane jest w tonacji ciepłego różu z dodatkiem ugru. Aby uzyskać miejsca chłodniejsze, pod rozbielony kolor karnacyjny, podłożono czystą czerwień cynobrową. Perizonium jest biało-szare, lekko ocieplone. Żyły ukazane są w kolorze niebieskim i do złudzenia przypominają naturalne.

Misternie rzeźbione są włosy. Na głowie znajduje się turkusowo-zielony cierniowy wieniec. Jego kolce wykonane są z mosiądzu. Długie, szczupłe ręce rozpięte zostały stroną wewnętrzną. Oczy są zamknięte i podkrążone. Na pomarszczone czoło spływają krople krwi. Głowa nie opada na ramię, lecz jest prawie wyprostowana, z lekkim skłonem w prawo.

Pełnoplastyczna rzeźba wykonana jest w twardym drewnie. Jej wysokość wynosi 183 cm, rozpiętość ramion 160 cm. Drewno jest gładkie, wypolerowane. Oryginalna warstwa malarska jest ugrowo-różowa, wykonana temperą, nałożoną na drewno bezpośrednio bez warstwy zaprawy.

Tak więc po wiekach okazało się, że w 1600 roku w Gdańsku powstał poważny problem spędzający sen z powiek „ojcom kościoła”, jak wówczas nazywano członków Rady Kościelnej.

Nieubłagalne korniki stoczyły całkowicie przepiękną rzeźbę Chrystusa na krzyżu, wykonaną przed stu siedemdziesięciu laty przez wielkiego gdańskiego rzeźbiarza – Mistrza Pięknej Madonny. Trzeba było koniecznie ją zrekonstruować.

Zwrócono się więc do starego, powszechnie znanego i bardzo zdolnego mistrza rzeźbiarskiego. Mieszał on w niezbyt dużym, lecz dość obszernym gotyckim domku, niejako w cieniu kościoła, przy ulicy Mariackiej.

Był naprawdę wielkim i znanym artystą, ale jak często bywa wśród artystycznej braci, również niemałym dziwakiem.

Sam prowadził gospodarstwo, skromne lecz dostatnie. Nikogo też zazwyczaj nie wpuszczał do swojej pracowni, prawdę mówiąc zagraconej i wypełnionej mnóstwem rzeźb kamiennych i drewnianych oraz przedziwnych konstrukcji, lin, bloczków i rozmaitych narzędzi.

Mogła tam zaglądać tylko jego córka, imieniem Demöt. Imię to otrzymała na chrzcie świętym dla upamiętnienia, zmarłej przed laty, żony fundatora kaplicy Jedenastu Tysięcy Dziewic burmistrza Gerdta van der Beke. Była to dziewczyna zdolna i urodziwa. Ojciec sam ją wychowywał. Nikt dokładnie nie wiedział co się stało z jej matką. Mówiono, że zaraz po urodzeniu dziecka uciekła do Królewca z jakimś młodym rzemieślnikiem trudniącym się wyrobem cynowych naczyń. Opuszczony mąż zajął się wychowaniem dziecka i z jeszcze większą pasją oddał się sztuce.

Zamówienie Rady przyjął z zainteresowaniem i satysfakcją. Od dawna marzył, by stworzyć rzeźbę, która wyrażałaby to wszystko co czuł i czego sam w życiu doświadczył. Pragnął stworzyć dzieło, które nie miałoby równego sobie i może nawet byłoby godne dłuta samego Mistrza Pięknej Madonny.

– Ale czy to możliwe? – pytał sam siebie.

Dobrze wiedział, że nie łatwe jest to zadanie. Rozpoczął więc wędrówkę po gdańskich kościołach.

Długie godziny spędzał przed Pietą, Piękną Madonną i dwiema pozostałymi rzeźbami grupy Ukrzyżowania, aby dokładnie poznać charakter twórczości swego wielkiego poprzednika sprzed prawie dwustu lat.

Wnikliwie analizował belki tęczowe, zwłaszcza Mistrza Pawła z Gdańska w kościele Mariackim oraz w kościołach św. Jana, św. Katarzyny i św. Trójcy.

Wielokrotnie przypatrywał się licznym obrazom przedstawiającym Ukrzyżowanie.

Często rozmyślał o ludzkim cierpieniu i nieuchronnej śmierci.

Następnie zabrał się do roboty. Całymi dniami i nocami szkicował, rysował, czynił liczne notatki, a także wykonywał wiele modeli rzeźbiarskich. Jak na złość szło mu to niesporo.  Niszczył więc rozpoczęte dzieła i rozpoczynał od nowa.

W końcu wbrew swoim zwyczajom zaprosił do pracowni bardzo już posuniętego w latach mistrza rzeźbiarskiego, który ostatnio wsławił się wykonaniem wspaniałych rzeźb prospektu znanych w całej Europie Mariackich organów, zbudowanych w 1586 roku przez Juliusa Antoniusa Friese.

Stary mistrz długo przeglądał szkice, ze wszystkich stron obchodził wykonane już liczne modele i w końcu stwierdził z nutą nostalgii:

– Są wspaniałe, ale jednak myślę, mój wielki kolego, że żaden rzeźbiarz, który na własne oczy nie widział śmierci człowieka ukrzyżowanego, nie zdoła tego nigdy w pełni oddać swym dłutem w kamieniu czy drewnie. Cóż, niestety, jesteśmy tylko ludźmi, tworzymy na miarę naszych możliwości, rzadko komu udaje się je przekroczyć.

– Przyznam się, że wobec stojącego przede mną zadania, czuję się jak zwykły, skromny pokojowy malarz, którego o pomoc poprosił wielki Raffaello Santi! – z westchnieniem wyszeptał gospodarz.

– Proszę się nie załamywać. Nie ustawać w dalszych poszukiwaniach. Skupić się głęboko i modlić gorąco. Wierzę, że nadejdzie godzina natchnienia – padła odpowiedź.

– Ach! Ale teraz wszystko, co zrobię wydaje mi się brzydkie i głupie! Cóż mam czynić?

– Czym jest piękno bez brzydoty? Czym jest mądrość bez głupoty? – pytaniami na pytanie odpowiedział stary rzeźbiarz.

Dni mijały. Rzeźba nadal nie była gotowa, a ostateczny termin wyznaczony przez „ojców kościoła” przybliżał się coraz bardziej.

Mistrz przeżywał prawdziwe katusze. Wewnątrz czuł pustkę. Nie dojadał. Źle sypiał. Stawał się coraz bardziej nerwowy.

Do tego jeszcze pewnego dnia córka przyprowadziła do pracowni chłopca i oświadczyła zdumionemu ojcu, że zamierzają się pobrać.

We troje usiedli do kolacji. Mistrz jednak zajęty był swoimi myślami i do pewnego momentu prawie wcale nie zwracał uwagi na młodych.

Chłopiec zaczął opowiadać o sobie, o warsztacie swego ojca w Królewcu, który słynął z wyrobu najlepszych w mieście naczyń cynowych i zdobionych bursztynem lichtarzy, o swej matce, która nie wiadomo czemu mocno sprzeciwiała się wyjazdowi syna do niedalekiego przecież Gdańska. Wreszcie o tym, że jego największym pragnieniem jest podjęcie nauki rzeźby, do której czuje prawdziwe powołanie.

Zasłuchanemu w tym momencie mistrzowi krew uderzyła do głowy. Stanęły mu przed oczyma lata młodości i postać młodej, niewiernej żony.

– Czyżbym miał przed sobą jej syna, a więc przyrodniego brata mojej Demöt? – postawił sobie niewypowiedziane głośno pytanie.

– Nie, to chyba niemożliwe, w Królewcu niejedna jest cynownia – pomyślał – ale tak czy inaczej, trzeba się szybko go pozbyć, bo może sprawić niemały kłopot.

Z drugiej strony, jako doświadczony rzeźbiarz, poczuł do chłopca sympatię. Wyczuwał w nim bowiem przyszłego artystę, obdarzonego autentycznym talentem.

Nie wiedział więc, co robić.

Wreszcie coś nim wstrząsnęło. Wstał i zdecydowanie oświadczył:

– Ty, córko, posprzątaj ze stołu i połóż się spać. Ciebie zaś przyjmuję do mego warsztatu i proszę, mój uczniu, abyś nie szedł dziś do domu. Bierzemy się do pracy. Mam chwilę natchnienia. Będziesz pomagał mi w pracowni, może nawet do białego rana. O waszym ślubie pomówimy innym razem.

– Z największą radością, Mistrzu! – odpowiedział chłopiec.

– Chłopcze! Do tej pory czułem się jak wojskowy chirurg, który zmuszony był leczyć ziołami! A teraz rozsadza mnie natchnienie, energia i taka pewność, jakbym był co najmniej profesorem w szkole pychy! A więc do roboty! – z euforią oznajmił rzeźbiarz.

– Jestem gotów do pracy! Do dzieła, Mistrzu! – padła odpowiedź.

Ostatnie promienie zachodzącego słońca rozświetlały wąskie uliczki starego miasta, powoli kończył się długi, letni dzień, gdy za dwójką artystów zatrzasnęły się ciężkie, dębowe drzwi pracowni.

Tej nocy dziewczyna spała bardzo niespokojnie. Męczyły ją senne koszmary.

Wczesnym świtem, nim jeszcze nad Gdańskiem zaczął wstawać i nabierać barw nowy poranek, udała się do pracowni. Drzwi jej były nadal zamknięte.

Pobiegła więc na podwórko i po lipowych kłodach wspięła się do okna ojcowskiego warsztatu.

Jej oczom ukazał się niesamowity, wstrząsający, a zarazem tragiczny widok.

Pod ukończonym krucyfiksem leżały bezwładne zwłoki ojca. Nieopodal stał oparty o ścianę drugi krzyż z grubych desek, do którego przybity był martwy chłopiec.

Natychmiast wszystko zrozumiała. Ojciec namówił chłopca do pozowania. Ten chętnie go usłuchał. Mistrz w oszukańczy sposób musiał go unieruchomić, a następnie przybić do krzyża. Patrząc na jego zgon tworzył z pośpiechem swe niezwykłe arcydzieło.

W końcu, gdy minęła fala zaślepiającej, hipnotycznej euforii, uświadomiwszy sobie zbrodniczy charakter strasznego czynu, sam wyzionął ducha.

Tego nie mogło znieść biedne serce dziewczyny. Uklękła bezsilnie. Straciła mowę. Nie mogła nawet zapłakać. Zabrakło jej łez.

Gdy wreszcie po kilku dniach odzyskała nieco sił i mowę, poleciła pochować ojca we wspólnym grobie z niedoszłym zięciem, pod posadzką Mariackiej fary.

Rzeźbę ofiarowała kościołowi Mariackiemu, zaś Chrystus otrzymał krzyż, na którym zginął chłopiec. Dzieło mistrza trafiło na miejsce swego przeznaczenia.

Dla wtajemniczonych jest zrozumiałe, skąd pochodzi niezwykła ekspresja rzeźby, jej realizm w ukazaniu cierpienia oraz ów szczegół odbiegający od zwyczajowej ikonografii. Mianowicie, że głowa Chrystusa jest wyprostowana, a nie skłoniona na ramię.

Mistrz pod wpływem emocji zapomniał, jak powinno być i rzeźbił po prostu tak, jak widział.

Legenda ta przypomina nam, że nigdy nie można bezkarnie, za wszelką cenę, nawet po trupach, przepychać się zaciekle do sławy lub władzy po to tylko, by przez małą chwilę mieć możność przestawienia na scenie świata kilku byle jakich rekwizytów.

To zawsze musi źle się skończyć.

Dobrze zrozumiała to dzielna córka Mistrza.

Choć w gruzach legł jej dotychczasowy świat, nie załamała się pod ciosem niespodziewanego cierpienia. Starała się na nowo ułożyć swe życie.

Podobno sama została rzeźbiarką i swymi dziełami pragnęła odpokutować szaleńczy czyn genialnego ojca.


Legenda z tomu „Z legendą przez wieki”,

autor: Stan Bogdan,

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o. (Gdańsk – Pelplin) 2012

       Konkatedralna bazylika Mariacka, zwana często „koroną miasta Gdańska” zadziwia nas swym ogromem i sugestywnym pięknem. Potężne jej mury i wieże wznoszą się wysoko ponad panoramą miasta oraz nad rozległą okolicą. Już od dawna zachwycali się nią zarówno gdańszczanie jak i przybywający do miasta goście.

       Oto entuzjastyczny opis świątyni Mariackiej z 1606 roku, zawarty w Kronice Martina Grünewega, dominikanina, konwertyty z protestantyzmu: „Jakkolwiek sławna jest wenecka fara, niewiele mniej jest i gdańska, którą nie inaczej w Polsce i innych krajach zowią, jak tylko wielkim kościołem i uważają ją wszyscy za piękną i bogatą. Także i ona jest na kształt krzyża rozciągnięta jak święty Marek, ale o wiele większa. A wszystkie zakątki są w niej tak miłe, że się wydaje, jakby się uśmiechała i chciała do człowieka przemówić. Prawdziwy ziemski raj”.

       Z architektoniczną malowniczością świątyni zespala się piękno znajdujących się w niej dzieł sztuki, tworząc prawdziwą jedność i harmonię. Jeszcze zanim ukończono budowę, rozpoczęło się hojne wyposażanie poszczególnych kaplic przez możne rody gdańskie oraz bractwa i cechy rzemieślnicze. Gorliwość wiernych zwróciła się w kierunku takiego wyposażenia kościoła w ołtarze, obrazy, rzeźby, paramenty i szaty liturgiczne, aby jak najwznioślej można było w nim sprawować służbę Bożą. We wszystkich zaś elementach przejawiało się zamiłowanie gdańszczan do rzeczy pięknych i kosztownych.

       W południowo-wschodnim narożniku bazyliki znajduje się, zamknięta ozdobą metalową kratą, kaplica poświęcona świętemu Jakubowi Apostołowi. Przez długie wieki była ona własnością gdańskiego możnego rodu Winterfeldów.

         Patron kaplicy święty Jakub, zwany Starszym lub Większym, był jednym z dwunastu apostołów powołanych przez Pana Jezusa. Pochodził z Betsaidy. Był syn Zebedeusza i Salome, bratem świętego Jana Ewangelisty. Ze względu na porywczy charakter, Pan Jezus  nazwał obu braci „synami gromu.” Według tradycji, wkrótce po zmartwychwstaniu Chrystusa święty Jakub udał się na Półwysep Iberyjski, gdzie głosił Ewangelię. Następnie wraz z współtowarzyszami powrócił do Ziemi Świętej. Tu, jako pierwszy z apostołów, poniósł śmierć męczeńską. Został ścięty na rozkaz Heroda Agrypy, o czym wspominają Dzieje Apostolskie. Jego uczniowie zabrali ciało i popłynęli z nim do Hiszpanii. Minąwszy Gibraltar przedostali się na Atlantyk. Przybili do Przylądka Finisterre, który swą nazwę bierze od łacińskiego finis terrae – koniec ziemi. Przed odkryciem Ameryki miejsce to uważane było bowiem za koniec świata. Za nim miał się rozciąć już tylko bezkresny ocean. Przenieśli szczątki świętego kilkanaście kilometrów w głąb lądu i tam pochowali.

       Z czasem miejsce spoczynku świętego Jakuba popadło w zapomnienie. Odkryte zostało 800 lat później dzięki widzeniu, jakie miał pewien pustelnik imieniem Pelagiusz. Miejsce, w którym odkryto cenne relikwie nazwano Polem Gwiazd, po łacinie: Campus Stellae, stąd nazwa Compostela. Do dnia dzisiejszego relikwie świętego znajdują się w tamtejszej katedrze. Jest on szczególnym opiekunem pielgrzymów.

       Z różnych stron Europy do dalekiego Santiago de Compostela podążały i do dziś podążają liczne pielgrzymki, szlakami zwanymi Camino de Santiago. Obok Ziemi Świętej i Rzymu był to trzeci, najważniejszy cel pielgrzymek. Wyruszały one również z Gdańska. Pielgrzymkę taką rozpoczynało się od progu własnego domu. Piesza wędrówka tam i z powrotem trwała zwykle dwa lata. Przed wyruszeniem w daleką drogę każdy pielgrzym musiał spisać testament, licząc się z tym, że może z niej nie powrócić.

       Symbolem pielgrzyma, a zarazem jego paszportem, była muszla przytwierdzona do kapelusza. Otwierała ona granice mijanych państw i gościnne progi domostw, w których przyjmowano pielgrzymów, zapewniając im nocleg i posiłek.

       W gdańskiej kaplicy Winterfeldów święty Jakub Apostoł, przedstawiony jest w stroju pielgrzyma. Podpiera się wysoką laską. W lewej ręce trzyma księgę. Na głowie ma wielki kapelusz, ze stylowo wywiniętym rondem. W przeciwieństwie do innych rzeźb lub obrazów, nie ma na nim jednak muszli, czytelnego, wyraźnego znaku pielgrzyma.

       Dlaczego? Co się z nią stało?

       Z jakiego powodu w gdańskim kościele Mariackim znalazła się kaplica świętego Jakuba Apostoła?

       Pytają o to często, licznie nawiedzający bazylikę, turyści i pielgrzymi, zwłaszcza ci, którzy kiedyś byli w Santiago de Compostela.

       Odpowiedź na te pytania znajduje się za kolorowymi drzwiami starej gdańskiej legendy.

       Wielkie zwycięstwo, odniesione przez Polskę i Litwę nad Krzyżakami pod Grunwaldem w 1410 roku, nie przyniosło niestety trwałego pokoju. Obie strony zawiesiły broń tylko na pewien czas.

       Działania wojenne, podjęte ponownie przez oba państwa przeciwko Krzyżakom latem 1414 roku, określone zostały przez historyków mianem „wojny głodowej”. Walczące wojska niszczyły zasiewy i plony. Wprowadzano zakazy wymiany handlowej. Znacznemu spustoszeniu uległy ziemie krzyżackie.

       Wtedy to właśnie, na wezwanie Wielkiego Mistrza, należący wówczas do Państwa Zakonu Krzyżackiego Gdańsk wysłał do akcji bojowych kilkuset zbrojnych żołnierzy. Uzbrojone gdańskie łodzie patrolowały również wody Wisły i Nogatu, aby nie dopuścić do przerzucenia działań wojennych na lewy brzeg Wisły. Nastąpiła całkowita blokada handlu z Polską.

       Czy była ona skuteczna?

       Nie raz, nie dwa, ponad rzeką spowitą welonem białej mgły, rozlegała się cicha, tęskna melodia:

Flisaczkowa żona

siedzi sobie w domu

a flisaczek nieboraczek

pracuje na chleb jak robaczek.

       Tak działo się również pewnej letniej, ciepłej, mglistej nocy. Było cicho, sennie i spokojnie.

       Nagle, niespodziewanie, od strony porośniętego niedużym laskiem brzegu, donośnie zagrzmiał głos zbudzonego puchacza:

Huu, huu, huu!   Huu, huu, huu! Huu, huu, huu!

       Gdzieś ze środka rzeki odpowiedział mu krzyk spłoszonej rybitwy:

Kikikikiiii! Kikikikiiii! Kikikikiiii!

       I po chwili z gęstej mgły wyłoniło się kilkanaście spiętych ze sobą tratew. Niczym zjawy uwijali się na nich ledwo widoczni flisacy. Dowodzący spływem retman skierował go ku brzegowi. Tu już czekały wozy, na które zaczęto błyskawicznie przenosić pękate worki ze zbożem, krupami jaglanymi, grochem i mąką, połcie słoniny, kosze z owocami sadów i lasu, antałki i garnce z miodem, masłem oraz topionym smalcem, wreszcie naręcza futer, wosk, węgiel drzewny, a nawet kilkanaście sztuk owiec i bydła. Zanim zaczęło świtać praca była skończona. Wszyscy odetchnęli z ulgą.

       Aż tu nagle zaszeleściły szuwary. Z szumem poruszyły się przybrzeżne krzaki. Od strony drugiego brzegu rozległ się plusk wielu wioseł. Nie było wątpliwości – to zasadzka!

       Wkrótce wokół wozów zaroiło się od wojska. Okazało się, że gdańscy żołnierze i marynarze, którzy zorganizowali zasadzkę, byli nie tylko dobrze ukryci ale również świetnie zamaskowani. Twarze mieli usmarowane czarną sadzą, na głowach kępy tataraku. Łodzie były okryte zielonymi gałązkami, trzciną i trawą. Również miecze, szable, berdysze, halabardy, a nawet rusznice pomysłowo przyciemniono sadzą i przybrzeżną glinką.

       Zaskoczenie było kompletne. Nikt nie stawiał żadnego oporu. Zresztą wozacy byli zupełnie nie uzbrojeni a flisacy posiadali tylko tęgie kije, służące do obrony przed dzikim zwierzem w czasie nocnych postojów. Jedynie krzepki retman miał u pasa stare, lekko wyszczerbione szablisko. Zaledwie jednak na nie spojrzał stojący obok żołnierz wymierzył w niego ostrze halabardy i stanowczo powiedział:

       – Nawet o tym nie myśl!

Dowodzący akcją kapitan rozkazał:

       – Zaniechać wszelkiego oporu! Poniechać prób ucieczki! Wszyscy jesteście zatrzymani pod zarzutem uprawiania nielegalnej kontrabandy. Kładę areszt na tratwy i wozy. Będą one dowodem rzeczowym! A teraz oryle przejdą na prawo a wozacy na lewo. Wykonać!

       Żołnierze sprawnie przytrzymali za uzdy denerwujące się zamieszaniem konie, ustawili w szeregu flisaków i wozaków oraz zabezpieczyli wozy z cennym ładunkiem. Marynarze konopnymi linami przycumowali tratwy.

       Na środku pozostali tylko jacyś dwaj młodzieńcy w eleganckich, modnych kaftanach z koronkowymi kołnierzami i w strojnych kapeluszach, zdobionych piórami.

   – A to co za ptaszki? – zapytał zdumiony kapitan.

     – Jesteśmy gdańskimi mieszczanami i znanymi w mieście kupcami. – odpowiedział starszy – Obaj nazywamy się Winterfeld. Ja jestem Wilhelm a to mój młodszy brat Henning.

     – Ho, ho, ho! No ładnie, ładnie! Ale nam się poszczęściło. Mieszczanie gdańscy trudniący się przemytem! Tym razem pojmaliśmy nie zwykłe płotki ale grube ryby. Nie minie nas premia a może i medal! To ci niespodzianka. A więc ruszajmy w drogę! Na mój rozkaz: za mną zwartą kolumną, krokiem posuwistym, naprzód marsz! – energicznie zawołał kapitan, wskazując szablą kierunek.

       Szafir nieba pojaśniał. Rwały się resztki mgielnej przędzy. W promieniach wschodzącego słońca barwna kolumna nieśpiesznie ruszyła w stronę odległego Gdańska.

       W czasie dłużącej się drogi kapitan, z pomocą dwóch uczestniczących w akcji oficerów, rozpoczął wstępne przesłuchanie zatrzymanych. Widać było, że flisacy nie bardzo się nim przejmują. Natomiast obaj kupcy wyglądali na wielce zmartwionych i mocno zdenerwowanych.

       Na pierwszy ogień poszedł retman.

     – Ach retmanie, retmanie! – odezwał się kapitan –Toście wpadli! Mamy was! Sprytnie zastawiliśmy pułapkę!

     – Bez przynęty ryby nie złapiesz – mruknął pod nosem retman.

     – Niestety! Niestety! Tak to już w życiu bywa: kto prostą drogą nie chce chodzić, zaczyna chodzić bezdrożami! Wkroczyliście na bardzo złą drogę. Zajęliście się nielegalną kontrabandą. Złamaliście zakaz handlu z Polską ustanowiony w Państwie Zakonu Krzyżackiego przez samego Wielkiego Mistrza. A prawa łamać nie wolno! Cóż wy na to?

     – Proszę wybaczyć moją śmiałość, Wielce Szanowny Panie Kapitanie! – odważnie odparł retman – Różne są prawa ustanawiane przez ludzi: są prawa mądre i głupie, są dobre i złe, są sprawiedliwe i niesprawiedliwe. Wielki filozof Cycero słusznie niegdyś powiedział: „i zbóje mają swoje prawa”. A cóż my, flisacy? Wybitny gdański poeta Zbyszko Szymański napisał o nas:

A nam to cóż, ot, beczek parę

suchego mięsa i kapusty.

Niech Neptun da pomyślny wiatr!

Na wodzie szybko niknie ślad!

   – My, prości, ubodzy flisacy – ciągnął dalej – jesteśmy przecież ludźmi do wynajęcia. Wykonujemy nasz zawód i naszą pracę. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni przewozimy wodą towary.

   – No dobrze, dobrze – wtrącił kapitan – ale czemu czynicie to skrycie i pod osłoną nocy?

   – Wielce szanowny Panie Kapitanie! Jak mówią w słonecznej Italii: „kto płaci ten rządzi”. Kto nas zatrudnia ten jest naszym panem. A wola pana jest prawem dla jego poddanych. W tym spływie, zgodnie z życzeniem naszych wiernych klientów, przewozimy tylko żywność. Za marny grosz ciężko pracujemy dla dobra Gdańska i jego zgłodniałych mieszkańców. Naprawdę niewiele na tym zarabiamy. Ledwo wystarcza na skromne życie. Nasze wiązanek łykiem tratwy z bierwion to przecież nie kupieckie galery ani wojenne korwety. Na ich pokładzie nie ma puszkarzy ani armat, najwyżej kije dla obrony przed dzikim zwierzem. Albo czy ja, Wielce Szanowny Panie Kapitanie, swą wyszczerbioną, starą szablą mogę zagrozić całej potędze Prus Zakonnych?

     – Obawiam się, że nie – z uśmiechem odpowiedział kapitan.

     – Dlatego też jeżeli nas zamknięcie w katowni wyjdzie z tego tylko taki pożytek, że będziecie musieli nas utrzymywać i żywić, oczywiście za pieniądze gdańskich podatników.

     – No! No! To na razie wystarczy, panie retmanie! – powiedział kapitan – Widzę, że jesteście człowiekiem rozumnym i wygadanym. Pojmujecie więc, że nie nam rozstrzygać te sprawy. Uczynią to władze miasta albo sąd grodzki.

       Teraz porozmawiajmy z panami Winterfeld.

     – Jakże wytłumaczyć wasze postępowanie, panowie? Dlaczego to mieszczanie gdańscy, wbrew prawu, zajmują się nielegalną, nocną kontrabandą? Cóż macie do powiedzenia?

     – Szanowny panie kapitanie – rozpoczął zeznania starszy z Winterfeldów – Wilhelm. Ród nasz wywodzi się z Grabna koło Ustki. My, z młodszym bratem, przybyliśmy do Gdańska. Obaj zajęliśmy się kupiectwem.

     – Dlaczego zatem zawód swój uprawiacie skrycie i nocą? –zapytał ostro kapitan.

     – Dlatego, że nocą jest spokojniej i naszym zdaniem, bezpieczniej w obecnym trudnym stanie wojennego zamieszania – odpowiedział Wilhelm i ciągnął dalej:

     – Ja zaś przed trzema laty uzyskałem zaszczytne gdańskie obywatelstwo. Brat mój o nie się stara. Specjalnie jak dotąd nie ukrywaliśmy przed nikim, że mimo obecnego zakazu wydanego w Państwie Zakonu Krzyżackiego przez Wielkiego Mistrza, nadal kupujemy w Polsce zboże oraz inne produkty żywnościowe, choć w mniejszych niż dawniej ilościach. Jesteśmy bowiem przekonani, że zakaz ów nie może dotyczyć nas kupców, zajmujących się handlem międzynarodowym. Wie pan kapitan, że zaledwie cztery lata temu zaraz po bitwie pod Grunwaldem, Rada Gdańska uznała władzę polskiego króla Władysława Jagiełły, który nadał miastu nowe przywileje. Wprawdzie rok później, w wyniku Traktatu Toruńskiego, miasto wróciło pod zwierzchnictwo poprzedniej władzy, ale przecież uzgodniono, że kupcy obu państw mogą swobodnie i bez przeszkód, według dawnych zwyczajów, używać wszystkich dróg wodnych i lądowych.

     – Tak było, ale się skończyło. Walki wybuchły na nowo. Dom już nie ten sam i inna w nim brama – smętnie zauważył kapitan.

       Mimo odważnej wypowiedzi, obu braci gnębił prawdziwy niepokój. Byli naprawdę bardzo przestraszeni, choć starali się tego nie okazywać. Wiedzieli, że ich sprawa wygląda nie najlepiej a nawet, prawdę mówiąc, źle. Byli w mieście znani. Niemało już znaczyli. Od pewnego czasu dość głośno plotkowano w Gdańsku, że dorobili się niezłej fortuny na zakazanym handlu zbożem. Groziło to większym zainteresowaniem ze strony władz państwowych.

       Przede wszystkim władze Państwa Zakonu Krzyżackiego zastrzegły dla siebie prawo sądzenia przestępstw popełnionych na publicznych drogach. Co więcej zamkowi komturowie gdańscy określali się mianem „burgrabiego i najwyższego sędziego Gdańska”. Gdyby sprawa stanęła przed sądem komturskim można byłoby spodziewać się surowego wyroku. Również w procesie toczącym się ewentualnie przed sądem miejskim należało liczyć się z naciskami władz krzyżackich, zarówno na Radę Miasta jak i na sąd grodzki.

       Wszyscy dobrze pamiętali, że całkiem niedawno, bo przed trzema laty, na rozkaz komtura gdańskiego Henryka von Plauen, bez żadnego procesu zostali podstępnie zamordowani dwaj gdańscy burmistrzowie Konrad Letzkau i Arnold Hecht. Ich domniemaną winą było jedynie to, że opowiedzieli się po stronie króla Polski Władysława Jagiełły i ośmielili się prosić o zatwierdzenie przywilejów przyznanych Gdańskowi przez monarchę. Dopiero po wielu ostrych protestach Wielki Mistrz polecił komturowi wydać ich ciała. Pochowani zostali w kościele Mariackim.

         Pewną nadzieję dawała braciom świadomość, że choć miasto nadal wchodzi w skład Państwa Zakonu Krzyżackiego, to jednak toczą się już w nim koła historii i wszyscy są przekonani, że wkrótce nadejdą nowe czasy i spełnią się marzenia gdańszczan, by uwolnić się spod władzy krzyżackiej i połączyć się z Polską. A i władze miasta wyraźnie, choć skrycie, sprzyjały działającemu w Prusach Zakonnych tajnemu związkowi zwanemu Jaszczurczym, skierowanemu przeciwko Krzyżakom.

        Ciągle jednak potężne czerwone mury, grube baszty i wysokie wieże gdańskiego zamku krzyżackiego były mocne. W podmuchach morskiej bryzy dumnie powiewały na nich białe chorągwie z czarnymi krzyżami. Budziły respekt i wymownie pokazywały kto tu rządzi. Było jasne, że nie w ratuszu lecz nad Motławą znajduje się realny ośrodek władzy, sprawowanej silną, zbrojną ręką, w stylu wojskowym.

       Mówili nieraz żartem gdańszczanie:

     – Czyż wysokiego zamku chwała nie budzi zazdrości? Droga do niego nie łatwa, jak droga do wieczności!.

       Kto więc mógł wiedzieć jak to wszystko się skończy?       Mogło być różnie! Obaj bracia mogli być potraktowani łaskawie. Mogli też znaleźć się, nawet na długie lata, w ponurej wieży więziennej, słusznie nazywanej katownią.

       Na razie jednak, po kilku godzinach marszu, konwój dotarł do Gdańska. Tu sprawa zatrzymanych nabrała przyśpieszenia. Na szczęście, na początek z dużej chmury spadł mały deszcz.

       Wszyscy flisacy zostali niebawem uwolnieni i o dziwo, otrzymali w całości należną zapłatę. Odzyskaną wolność uczcili wesołą biesiadą w gronie współbraci, flisaków przy rozpalonym ognisku na Polskim Haku. Do późnej nocy snuli wspomnienia o tym, jak to wicher dziejów zahaczył również o ich skromne tratwy. Wznosili toasty za zdrowie dzielnego retmana, który odwagą serca i bystrością umysłu wybawił ich z opresji.

       Żołnierze, zarówno miejscowi jak i zaciężni, za pomysłowość, dzielność i odwagę nagrodzeni zostali uczciwą premią pieniężną.

       Kapitan za sprawnie przeprowadzoną, udaną akcję uzyskał wymarzony duży, błyszczący medal z szeroką, kolorową wstęgą.

       Głośny proces obu Winterfeldów, na szczęście dla nich, toczył się przed sądem grodzkim. Braciom udało się wykazać, że gdyby nawet czyn ich był zabroniony, w co osobiście wątpią, to dokonany został nie na publicznej drodze w momencie zatrzymanie przez gdańskich żołnierzy, lecz wcześniej w kilku polskich szlacheckich majątkach na Mazowszu, w momencie zakupu obwinionego zboża. Nie ma zatem żadnego powodu, by sprawą tak błahą miał się zajmować sąd „burgrabiego i najwyższego sędziego Gdańska”.

       W czasie rozprawy sędzia grodzki oraz ławnicy stroili groźne miny i zadawali wiele podchwytliwych pytań. Dało się jednak wyczuć, że za bardzo nie potępiają oskarżonych i nie zależy im na jakiejś wysokiej karze.

       Członkowie trybunału z pewnym niepokojem od czasu do czasu zerkali w kierunku masywnych drzwi sądowej sali, przy których zajmowali miejsce jacyś dwaj nieznajomi. Obaj dyskretnie zasłaniali twarze podniesionym kołnierzem i szerokim rondem kapelusza, a oczy ciemnymi oculariami. Choć ubrani byli jak przeciętni gdańszczanie z ich ponurego wyglądu i wścibskiego zachowania można się było domyślić, że są to Tw – tajni współpracownicy gdańskiego zamku krzyżackiego, siedziby przedstawicieli zwierzchniej władzy państwowej.

       W procesie wystąpili liczni świadkowie. Wykazywali, że bracia Winterfeld już od dziecka mieli „głowę do biznesu”. Podkreślali ich uczciwość, pobożność, pracowitość, sumienność i solidność w wypełnianiu codziennych obowiązków. Mówili o życzliwości wobec bliźnich i miłości do miasta.

     Na dowód czego jeden ze świadków opowiedział jak to obaj bracia, jeszcze jako mali chłopcy, pewnego razu bawiąc się w piasku na plaży w Ustce, wykopali olbrzymią bryłę bursztynu. Na początku pokłócili się o to czy ją zabrać czy zostawić. Zwyciężyło poczucie obowiązku. Podtrzymując się wzajemnie na duchu, powtarzali przez całą drogę: „ciężko dźwigać, żal porzucić”. Potykali się i przewracali. Donieśli jednak bursztyn do domu. Sprzedali go miejscowym bursztynnikom a uzyskane pieniądze ulokowali w handel zbożem w ojcowskim kantorze.

       Inny świadek opowiedział sądowi jak przed rokiem, wczesną wiosną, w dzielnicy przemysłowej zwanej później Wyspą Spichrzów, wybuchł groźny pożar spowodowany nieostrożnym obchodzeniem się z ogniem w jednym ze spichlerzy. Winterfeldowie dzielnie pośpieszyli z pomocą. Nie dopuścili do rozprzestrzenienia się pożaru. A ponadto własnymi rękoma uratowali znaczną część mienia, a także mieszkającą w kantorku oswojoną małpę, która rozśmieszała klientów nieustannym paplaniem w małpim języku i najbardziej głupimi minami oraz wiernego psa o imieniu Kastor, od lat pilnującego spichlerza.

       Inny z kolei podkreślił, że obaj bracia od dawna hojnie wspierali gdański szpital Świętego Ducha, w którym znaleźli bezpieczną przystań chorzy lub starzy marynarze. A wiadomo: co uczynisz drugiej osobie, tym inny odda tobie. Świadek więc życzyłby sobie, by zgodnie ze słowami Pisma Świętego, czyny ich poszły za nimi.

       Sami oskarżeni, w dłuższych przemówieniach, ze skruchą wyjaśnili, że sprowadzając zboże i żywność z Polski do Gdańska działali nie tyle dla skromnego przecież finansowego zysku, ile raczej dla dobra miasta. Szczerze bowiem chcieli uchronić przed głodem jego mieszkańców. Przy całym głębokim szacunku dla najwyższych władz Państwa Zakonu Krzyżackiego i wszelkiej zwierzchności miejskiej, byli głęboko przekonani, że prawo międzynarodowe ustanowione przez Traktat Toruński, pozwalające kupcom na swobodne korzystanie z wszystkich dróg wodnych i lądowych w obu państwach, ma wyższą rangę od wewnętrznego zarządzenia Wielkiego Mistrza wprowadzającego w Prusach Zakonnych zakaz handlu z Polską.

     – Sądziliśmy zatem, że zakaz ów nie może dotyczyć nas kupców zajmujących się handlem międzypaństwowym. W związku z czym zapewniamy, że z pokorą przyjmiemy każdy wyrok Wysokiego Sądu. Ośmielamy się jednak uniżenie prosić Wysoki Trybunał, w składzie tu obecnym, o uniewinnienie! – z głębokim ukłonem zakończyli swe ostatnie słowo.

       Ogłaszając wyrok gdański trybunał grodzki podkreślił, że z dwojga złego nie można wybierać trzeciego. A nieznajomość prawa nie zwalnia z obowiązku jego przestrzegania. Uwzględnił jednak wszelkie okoliczności łagodzące oraz dotychczasowe, niemałe zasługi oskarżonych i skazał obu na przepadek nielegalnie sprowadzonych towarów oraz dość wysoką grzywnę, stosownie do ich zamożności.

       Wielka była radość braci Winterfeldów. Kamień niepewności spadł im z serca. Nie zamierzali odwoływać się od wyroku do wyższej instancji. Udało się przecież uniknąć ciemnej, ciasnej, zimnej celi w ponurej wieży więziennej, słusznie nazywanej katownią. Dziękowali krewnym, przyjaciołom i wszystkim, którzy wspierali ich w trudnych chwilach. Powtarzali każdemu, że naprawdę pewnych przyjaciół poznaje się dopiero w niepewnej sytuacji.

       Postanowili też, że za szczęśliwe ocalenie od krat więziennych specjalnie podziękują Panu Bogu. Obaj, po modlitwie i dłuższej naradzie, prywatnie złożyli ślubowanie, że w dowód wdzięczności wspólnie, we dwóch odbędą pieszą pielgrzymkę do słynnego grobu świętego Jakuba Apostoła, znajdującego się w dalekim hiszpańskim mieście – Santiago de Compostela. Nie określili jednak w jakim terminie mieliby tego dokonać.

       Bracia Winterfeldowie mieli szczerą ochotę wiernie wypełnić swe ślubowanie. Ciągle jednak coś im w tym przeszkadzało.

       A to obowiązki rodzinne.

       Obaj bowiem prawie równocześnie zakochali się w dwóch gdańskich, urodziwych mieszczkach, starszy w Małgorzacie, młodszy w Marii Magdalenie. Przez kilka miesięcy mocno starali się o ich względy. Wkrótce w kościele Mariackim młode pary ślubowały miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Rozpoczęły wspólną drogę dwie nowe, szczęśliwe rodziny. Zaczęły przychodzić na świat dzieci.

       A to praca.

       Ciągle jej przybywało, gdyż pomyślnie rozwijał się handel. Bracia dorobili się własnego domu z obszernym handlowym kantorem oraz drugiego, czynszowego, przy ulicy Świętego Ducha. Pobudowali duży spichlerz w dzielnicy przemysłowej, zwanej później Wyspą Spichrzów. Po pewnym czasie nadano mu oryginalną nazwę: „Woli łeb”. Jego mury, choć uszkodzone w czasie ostatniej wojny, zachowały się do dnia dzisiejszego. Można na nich zobaczyć rzeźbione godło: głowę wołu, nad nią dwie rozchylone chorągiewki i bogaty kartusz z napisem: „Z powinności Winterfeldów wobec nieznanych następców monument z ruiny został podniesiony i odrestaurowany 1759”. Na jednej chorągiewce widnieje herb Gdańska, na drugiej krzyż. Wystawili też „budy” czyli kioski przy ulicy Kramarskiej. Prowadzono w nich działalność handlową.

     A to nowe powinności wobec miasta i Kościoła.

        Starszy Wilhelm został wkrótce ławnikiem a później rajcą Głównego Miasta. Młodszy Henning uzyskał gdańskie obywatelstwo. W lipcu 1423 roku Rada Miasta Gdańska wyróżniła bardzo cały ród Winterfeldów. Przydzieliła mu osobną kaplicę w budującym się kościele Mariackim. Starszy z braci Wilhelm, wraz ze swą żoną Małgorzatą, ufundował w owej kaplicy dwie wieczyste Msze św. Zatrudniono w niej również dwóch kapelanów. Na początku września 1434 roku Wilhelm, wraz z burmistrzem gdańskim Klausem Rogge miał zaszczyt uczestniczyć nawet, jako jeden z reprezentantów Państwa Zakonu Krzyżackiego, w pertraktacjach ze stroną polską o trwały pokój. Niestety nie przyniosły one żadnego rezultatu. Dyplomatyczne nici okazały się zbyt słabe.

       Wreszcie, nie można ukryć, że i zwykłe lenistwo odegrało swoją rolę w nieustannym odwlekaniu dalekiej, niełatwej wyprawy.

       Jednym słowem Winterfeldowie byli coraz bardziej znani i szanowani, nie tylko w Gdańsku ale w całych Prusach Zakonnych a także w Polsce. Życie dalej wytrwale przędło swój warkocz. Przybywało obowiązków. Szybko biegły lata. Rosły dzieci i wnuki. Bracia stawali się coraz starsi. Skronie ich przyprószyła siwizna. A podjętego ślubowania nadal nie zdołali wypełnić. Coraz częściej przypominało im o tym niespokojne sumienie.

       W pewien cichy, pogodny wieczór młodszy Henning, siedząc na przedprożu swego obszernego domu, z dużym zainteresowaniem czytał ciekawą Księgę Przysłów z Pisma Świętego Starego Testamentu. Natrafił na fragment: „Czym ocet dla zębów a dym dla oczu, tym leniwy dla tych, którzy go wysłali”.

     – To przecież o nas mowa i o naszym niespełnionym dotąd ślubowaniu – powiedział sam do siebie – Pan Bóg chciał nas wysłać na pielgrzymi szlak do Santiago de Compostela, a my co? Okazaliśmy się tym czym ocet dla zębów i dym dla oczu! Myślał o tym prawie przez całą noc, nie mogąc zmrużyć oczu.

      Następnego dnia, zaledwie zaczęło świtać, pośpiesznie udał się do domu brata. Po przywitaniu przemówił tymi słowy:

   – Drogi Braciszku Ukończyłeś sześćdziesiąt kilka lat a ja niewiele mniej. Nie każdy dożyje tego wieku. Bądźmy szczerzy. Jesteśmy już młodzieńcami stojącymi prawie nad grobem. Nikt nie jest wiecznie na wyżynach. Nigdy tak w życiu nie bywa. Szukamy miejsca w ziemskich krainach lecz inne miejsce nas wzywa. Chyba nie uda nam się wypełnić naszego ślubowania, w pierwotnej wersji. Droga do Composteli daleka i pełna niebezpieczeństw. Czyhają na niej zbójcy i dzikie zwierzęta, burze, wichry i huragany. Jest często głodno i chłodno. Zdarzają się choroby i wypadki. Nie damy już rady jej przebyć. Ale wiesz, mam świetny pomysł!

     – Jaki? – zapytał Wilhelm.

     – Kupiecki!!!

     – To znaczy?

     – Transakcji wymiennej!

     – Co to takiego?

     – Wymienna transakcja.

     – O czym ty mówisz? Co to za pomysł?

     – Całkiem prosty!

     – A więc?

     – My nie możemy pójść do świętego Jakuba Apostoła lecz święty Jakub Apostoł może przyjść do nas!

     – No coś ty! W jaki sposób?

     – W sposób bardzo prosty!

     – No powiedzże wreszcie o co ci chodzi!

     – Zamiast naszej niedoszłej pielgrzymki na koniec świata, do dalekiego Santiago de Compostela, wykonajmy tu na miejscu w naszym mieście piękną, dużą rzeźbę świętego Jakuba Apostoła i umieśćmy ją w naszej kaplicy w kościele Mariackim. W ten sposób wizerunek świętego Jakuba „przyjdzie” do nas i co więcej na wieczne czasy pozostanie w Gdańsku. I my będziemy mieli do niego bliżej.

       – Hm, hm. Pomysł naprawdę niezwykły! Ciekawy! I powiem ci szczerze, braciszku, piękny! Już w tej chwili jestem pewien, że warto go zrealizować.

     – No widzisz, ma się tę głowę na karku.

     – Muszę przyznać!

     – Wiem nawet kto rzeźbę wykona.

     – Któż to taki?

     – Wykonawcą powinien być wybitny artysta, rzeźbiarz najwyższej światowej klasy – Mistrz Pięknej Madonny. Mieszka przecież w Gdańsku!

     – Świetna myśl! Ale, ale czy zechce? Jest bardzo sławny, znany w całym chrześcijańskim świecie!

     – Możemy spróbować. Co o tym sądzisz?

     – Pewnie – odpowiedział Wilhelm – spróbujmy!

       Następnego dnia, wczesnym przedpołudniem, przed ozdobną fasadą wysokiego domu przy ulicy Świętego Ducha stało czworo ludzi, dwie pary małżeńskie. W oczy rzucały się ich piękne, bogate stroje. Kobiety ubrane były w obcisłe suknie z pozłacanymi paskami. Jedna w kolorze zielonym, druga ciemnoniebieskim. Na głowach miały naszywane złotem czepki. Na nogach purpurowe trzewiki z długimi noskami. Mężczyźni ubrani byli w kaftany, zwane jakami, z białego jedwabiu z ozdobnym szlakiem oraz spodnie o dwubarwnych nogawicach. Na nogach mieli buty zdobione świecącymi ćwieczkami ze srebra. U pasów, zarówno u mężczyzn jak i u kobiet, przymocowany był ozdobny futeralik ze stalowym nożem

       Z bogatym ubiorem kontrastowało niepewne zachowanie się. U wszystkich widać było przejęcie a nawet wyraźną tremę.

       Szeptali między sobą:

     – Czy Mistrz zechce nas przyjąć?

     – Może lepiej poszukajmy kogoś innego?

     – Ach! Świat należy do odważnych. Trzeba spróbować!

      Po małej chwili zdecydowali się wejść na obszerne

przedproże domostwa.

     – No to zapukajmy!

       Najstarszy podszedł do zdobionych rzeźbami drzwi, nieśmiało ujął brązową kołatkę i delikatnie nią zakołatał.

       Wkrótce drzwi się otwarły i ukazał się w nich ośmioletni mniej więcej chłopiec, ubrany w szary fartuch i ochronne okulary, z rzeźbiarskim dłutem w ręku.

       Przybysze pochwalili Pana Boga. Najstarszy z nich zapytał:

 – Czy moglibyśmy zamienić kilka słów z Panem Mistrzem, twórcą Pięknej Madonny Gdańskiej?

   – Oczywiście, zaraz zawołam tatusia. Proszę, niech państwo usiądą – powiedział chłopiec, wskazując bogato rzeźbione gdańskie krzesła.

       Wkrótce w ozdobnej sieni pojawiło się młode jeszcze małżeństwo. Goście podnieśli się z krzeseł i nisko się ukłonili.

     – Wielki to dla nas zaszczyt spotkać się ze znanym w całym chrześcijańskim świecie Mistrzem Pięknej Madonny Gdańskiej i jego małżonką panią Agnieszką! – odezwał się jak zwykle najstarszy Wilhelm.

     – Ach, państwo Winterfeld! To dla nas jest zaszczytem wasza wizyta – odpowiedział z uśmiechem gospodarz, ściskając dłonie zaskoczonych przybyszów.

     – To państwo nas znają? – zapytał młodszy z braci, Henning.

     – Któż w Gdańsku nie znałby słynnego rodu Winterfeldów? – padła odpowiedź.

       Atmosfera stała się bardzo bezpośrednia i miła. Winterfeldowie wyjaśnili cel swej wizyty.

     – Chcieliśmy bardzo przez pielgrzymkę do Santiago de Compostela podziękować Panu Bogu za uratowanie nas w minionych, trudnych czasach od więziennej celi. – mówili jeden przez drugiego.

     – Z różnych przyczyn aż do tej pory nam się to nie udało, a teraz już jesteśmy chyba trochę za starzy i za słabi.

     – Jak wiecie, przed wielu laty, ja sam znalazłem się w celi więziennej i to z wyrokiem śmierci. Miłosierdzie Boże nie zna jednak granic. W cudowny sposób, wraz z moją ukochaną żoną, wyszliśmy z tej opresji. Dobrze więc was rozumiem – odpowiedział mistrz.

     – Pan Mistrz wykonał jednak wiernie i w najpiękniejszym stylu to co poleciła Matka Boska a nam się nie udało. W dużym stopniu z naszej winy, po prostu przez nasze zaniedbanie. Pragniemy to choćby częściowo naprawić, fundując piękną, dużą rzeźbę świętego Jakuba Apostoła do naszej kaplicy w kościele Mariackim. Może choć w części wypełnimy to co powinniśmy? Jest rzeczą oczywistą, że nikt lepiej od Pana Mistrza nigdy w życiu takiej rzeźby nie wykona – mówił Wilhelm.

     – Dobrze! Chętnie podejmę się tego zadania. – odpowiedział wielki rzeźbiarz – W kościele Mariackim jest jeszcze wyrzeźbiona przeze mnie w wapiennym kamieniu, naturalnych rozmiarów, postać Matki Boskiej Bolesnej – Pieta. Bardzo ją lubię. Jest piękna i przejmująca. Nie można przejść obok niej obojętnie. Spod mego dłuta pochodzi też postać Chrystusa w ołtarzu Dwunastu Apostołów, który rzeźbili już moi uczniowie. Dla świątyni Mariackiej wykonałem również grupę ukrzyżowania, złożoną z trzech rzeźb. Postacie Matki Boskiej i świętego Jana wykonałem w bliskim mi stylu pięknym. Postać Pana Jezusa wyraźnie różni się od dwóch pozostałych. Jest bardzo wymowna, ostra, o wyrazistych, nadrealistycznych rysach. Zmusza do refleksji nad cierpieniem, przemijaniem i godnością człowieka, odkupionego przez naszego Zbawiciela.

       – Wygląda jakby wyrzeźbiła ją zupełnie inna ręka – wtrącił Henning.

       – Rzeczywiście, robi takie wrażenie ale jest moim dziełem. Myślę, że w przyszłości o jej pochodzeniu powstanie niejedna legenda. W tym wypadku nawiązałem świadomie do stylu i charakteru mego zmarłego przyjaciela, z którym wspólnie uczyliśmy się rzeźby u ojca mojej żony. Przyjaciel mój miał niestety niełatwy charakter. Oceniał wszystko zbyt radykalnie. Można powiedzieć, że był zbuntowany przeciwko wszystkiemu i przeciwko wszystkim. Był jednak niezwykle utalentowany, obdarzony prawdziwie Bożą iskrą. Byłby z niego wielki artysta. Niestety, nie doczekał się należnego uznania. Odszedł przedwcześnie z tego świata, wskutek tragicznego przypadku. Chciałem więc przypomnieć współczesnym oryginalny styl jego prac rzeźbiarskich.

         Modelką dla najpiękniejszej mej rzeźby – Pięknej Madonny Gdańskiej, jak wiecie, była moja żona – mówił dalej artysta.

     – Gdy popatrzymy na panią Agnieszkę widać to wyraźnie – włączyła się do rozmowy Małgorzata.

     – Oczywiście. Widać to, widać! – z uśmiechem potwierdził rzeźbiarz. I po chwili namysłu kontynuował:

     – Natomiast teraz ująłbym sprawę następująco. Znam oczywiście waszą kaplicę. Wiele razy jej się przyglądałem. Jest jeszcze pusta i daje wiele możliwości stworzenia naprawdę wyjątkowego artystycznego wystroju. Dlatego myślę, że lepiej będzie jeżeli zamiast pojedynczej rzeźby wykonam raczej ołtarz poświęcony świętemu Jakubowi Apostołowi, czczonemu w Santiago de Compostela. Wypełni on całą wnękę we wschodniej ścianie kaplicy. Co o tym sądzicie?

     – Co za świetna myśl! Naprawdę doskonały pomysł! – przytaknęli z entuzjazmem obaj bracia. Przy Bożej pomocy rodowi naszemu udało się osiągnąć stabilizację finansową a więc poradzimy sobie z kosztem całego ołtarza.

     – O finanse proszę się nie martwić. Ja również cieszę się, gdy mogę coś wykonać dla kościoła Mariackiego. Dla każdego twórcy jest to okazja do zapisania się na wieczne czasy w historii oraz duży zaszczyt.

     – W takim razie moglibyśmy pomyśleć również o dalszym pomalowaniu naszej kaplicy – wtrąciła Małgorzata.

     – Można wziąć to pod uwagę – z uśmiechem powiedział rzeźbiarz – A na razie proponuję, aby do rzeźby świętego Jakuba pozował mi osobiście senior gdańskiej gałęzi rodu Winterfeldów pan Wilhelm, do postaci Najświętszej Marii Panny pani Małgosia, a po drugiej stronie ustawimy świętą Marię Magdalenę, tak bliską Chrystusowi i tu oczywiście modelką będzie mi młodsza z pań, Maria Magdalena. Dla pana Henninga rezerwuję rolę legendarnego księcia Marsylii. Znajdzie się w ołtarzu u stóp swej żony. Wizerunki wasze zostaną utrwalone w rzeźbie na wieczne czasy. Zgoda?

       – Ależ! Nie jesteśmy godni – prawie chórem zawołali wszyscy wymienieni.

     – To oczywiste, że nikt z nas nie jest godzien. Ale jestem przekonana, że z takiego układu święty Jakub Apostoł będzie zadowolony – włączyła się do rozmowy Agnieszka.

     – Zapewniam was, że dołożę wszelkich starań, by tak naprawdę było – powiedział Mistrz Pięknej Madonny – Jutro zaczynamy pierwszą sesję – szkicowanie postaci.

     – Bądźcie spokojni. Zaufajcie całkowicie mojemu mężowi. Na pewno stworzy dzieło wyjątkowe – dodała Agnieszka.

       Na bogato rzeźbionym gdańskim stole pojawiły się toruńskie pierniki i zielona herbata w porcelanowych filiżankach. Winterfeldowie nie mogli znaleźć słów wdzięczności za tak życzliwe przyjęcie i zgodę na realizację zacnego dzieła.

       Rozpoczęła się twórcza praca, która trwała rok i kilka miesięcy. Trzy rodziny, obu braci i Mistrza Pięknej Madonny, spotykały się często. Nawiązała się między nimi nić sympatii a nawet przyjaźni.

       Wielka była radość, gdy w końcu ołtarz świętego Jakuba znalazł się w kościele Mariackim, w kaplicy Winterfeldów. Tym większa, że również innego znane rody gdańskie oraz liczne cechy rzemieślnicze coraz piękniej zdobiły swe kaplice cennymi dziełami sztuki. Nowy ołtarz wyglądał imponująco. Zachwycał wszystkich, którzy go ujrzeli. Gdańszczanie byli pewni, że poprzez wieki będzie on dowodem ich wiary oraz chlubą i ozdobą miasta.

       W prostokątnej ołtarzowej szafie, ozdobionej od frontu ażurową dekoracją, ukazane są trzy postacie. Wszystkie odznaczają się dużymi rozmiarami a także są barwnie polichromowane. Po środku znajduje się święty Jakub, po prawej stronie Matka Boska, po lewej święta Maria Magdalena.

       Święty Jakub Apostoł, zwany Jakubem Starszym, przedstawiony został w stroju pielgrzyma. Ubrany jest w obszerny płaszcz, opadający po bokach kaskadowymi fałdami. Podpiera się wysoką laską. W lewej ręce trzyma księgę. Spod wielkiego kapelusza, ze stylowo wywiniętym rondem, spływają pukle czarnych włosów. Kapelusz ozdobiony był początkowo dużą, oryginalną, oceaniczną, muszlą pielgrzyma. Z dalekiej Composteli przynieść ją mieli przed laty utrudzeni gdańscy pielgrzymi. Obecnie jej nie ma.

         – Dlaczego?

         – Co się z nią stało?

         Najświętsza Maria Panna opiera swe stopy na półkolistej tarczy księżyca o ludzkiej twarzy. Na prawym ramieniu trzyma owinięte w pieluszkę Dzieciątko. Podtrzymuje Je lewą dłonią. Na głowie ma królewską koronę. Ubrana jest w białą suknię i biały płaszcz, z niebieskim podbiciem o złoconych brzegach. Poły płaszcza, przerzucone przez ramię, tworzą draperyjne festony.

Święta Maria Magdalena ubrana jest w białą suknię ze złotą lamówką oraz biały płaszcz z ciemnoniebieskim podbiciem i złoconymi brzegami. Na głowie miała złoty diadem, spod którego spływały długie włosy. W ręku trzymała naczynko z wonnymi olejkami, którymi namaściła ciało Jezusa przed złożeniem do grobu. Diadem i naczynko niestety zaginęły w nieznanych okolicznościach. U jej stóp czołga się brodaty mężczyzna, ubrany w obcisły czerwony strój. W geście wdzięczności obejmuje nogi świętej. Jest to legendarny książę Marsylii, którego święta Maria Magdalena najpierw nawróciła, a następnie cudownie ocaliła mu żonę i urodzonego na statku syna, w czasie niebezpiecznej morskiej, burzliwej podróży do Rzymu.

       Ołtarz uzupełnia barwna predella, na której namalowany jest Chrystus oraz dwaj apostołowie: święci Piotr i Paweł.

Od chwili gdy ołtarz znalazł się w kaplicy Winterfeldów zyskała ona nową nazwę – Kaplica świętego Jakuba. Poświęcił ją osobiście proboszcz kościoła Mariackiego ksiądz Andrzej ze Słomowa. Zasłużony kapłan, który założył w Gdańsku pierwszą szkołę i pierwszą bibliotekę.

         Dzieło zostało więc dokonane. Czy dawne ślubowanie doczekało się zastępczego wypełnienia? Wszyscy byli tego pewni, za wyjątkiem samych zainteresowanych, obu braci Winterfeldów.

       Czegoś im jeszcze ciągle brakowało. Nadal byli niespokojni a nawet marudni.

   – Ale czy to wystarczy? Czy możemy być pewni? Czy święty Jakub będzie już teraz z nas zadowolony? Czy jeszcze powinniśmy coś zrobić? – zamęczali pytaniami samych siebie i swoich bliskich.

       Wszyscy mówili:

     – Tak, tak, tak!

     – Wystarczy.

     – Zrobiliście co mogliście i co należy!

Dwaj uparci braciszkowie wiedzieli jednak swoje. Żadne argumenty nie były w stanie ich przekonać.

     – Nie jesteśmy wcale tego tak bardzo pewni. Przydałby się nam jednak jakiś dowód, że zobowiązanie nasze wiernie wypełniliśmy! – powtarzali z uporem – Dowód, dowód, dowód!

     – Co jest dowodem, że ktoś odbył pielgrzymkę do Composteli? – pytali.

     – Muszla!

     – Właśnie, właśnie! To jest to! Każdy pielgrzym przynosi ze sobą do domu na wieczną pamiątkę muszlę, z którą wędrował – widzialny znak pielgrzyma.

     – My jej nie mamy!

     – Tak! Nie mamy muszli – nie mamy znaku!

     – A ja mam myśl! – wykrzyknął Henning, który jak zwykle był szybki w nowych, szalonych pomysłach.

     – Jakąż to? Jaką? – zapytał Wilhelm.

     – Pożyczmy muszlę!

     – Od kogo?

     – Od samego świętego Jakuba!

     – Od jakiego Jakuba?

     – Od świętego Jakuba Apostoła, zwanego Starszym!

     – Od naszego?

     – Tak! Z jego własnego pielgrzymiego kapelusza.

     – To będzie znak!

     – To będzie nasz prawdziwy paszport.

     – Paszport… do nieba!

     – Jak to wykonać?

     – Pomyślimy!

     – Musimy chyba spytać najpierw księdza proboszcza oraz wykonawcę ołtarza Mistrza Pięknej Madonny. Kto pyta nie błądzi. Myślisz, że nam pozwolą?

     – Moim zdanie lepiej na razie nikogo nie pytajmy. Mogłyby być trudności. Później wyjaśnimy wszystko komu należy!

         Przed realizacją dziwacznego pomysłu obaj bracia wiele razy odbywali tajne narady. Rozmowom i szeptom nie było końca. Wtajemniczyli również w swój plan najmłodszego wnuka. Chłopcu bardzo spodobała się okazja do wspólnego przeżycia ciekawej przygody. W długie, zimowe wieczory, siedząc w ciepłej izbie przy rozpalonym kominku, wiele razy słuchał on przecież opowiadań dziadka i wujka o niezwykłych wydarzeniach z lat ich młodości.

         Teraz bracia nagle poczuli się znowu młodzi, prawie jak za dawnych lat. Przypomniały im się odległe czasy, gdy zajmowali się przemytem zboża przez zieloną granicę. Stanęły przed oczyma nieprzespane noce, tajne kontakty z polską szlachtą i wesołymi flisakami, zasadzki, z jakich udało się wymknąć, wreszcie przykry finał, który ich jednak nie załamał.

       Z dawną precyzją zaplanowali nową akcję.

       Gdy nadeszła umówiona pora cała trójka ubrała ciemne stroje. Wszyscy usmarowali sadzą twarze, na głowy założyli czarne marynarskie chusty, a na ręce ciemne rękawice. Głuchą nocą, z niemałym trudem, zaczęli ostrożnie się wspinać  po drewnianych rusztowaniach ciągle jeszcze budującego się kościoła. W pewnym momencie, gdy byli już na wysokości dużego okna, Wilhelm potknął się i omal nie runął głową na dół z chybotliwej deski. W ostatniej chwili przytrzymał go wnuczek. Wydawało się, że hałas obudzi pół miasta. Gdzieś w oddali zaczął ujadać czujny piesek. W jednym z okien przy ulicy Ław Chlebowych zaświecił się kaganek. Cała trójka przycupnęła, wstrzymując nawet oddech. Na szczęście to tylko właściciel chciał przywołać swego szczekającego ulubieńca. Po chwili wszystko ucichło.

       – Dziadku, może lepiej spadajmy do domu? – wyszeptał wnuczek.

       – Winterfeldowie! Kości zostały rzucone. Odwrotu nie ma. Za mną bez trwogi naprzód marsz! – zdecydowanie odpowiedział Wilhelm.

         Przez nie oszklony jeszcze otwór okienny spuścili więc, przygotowaną wcześniej, niedużą drabinkę. Po niej ostrożnie zeszli do środka, wprost do kaplicy Świętego Jakuba.

       Kornie przyklęknęli na stopniach ołtarzem.

   – Święty Jakubie, opiekunie pielgrzymów, zrozum nas. Musimy mieć jakiś znak, po którym nas rozpoznasz. Musimy mieć dowód, że ślubowanie nasze postaraliśmy się wypełnić, tak jak mogliśmy. Chodzi o to, aby święty Piotr Apostoł, niebiański klucznik, którego również poleciliśmy namalować na predelli tego tu oto naszego ołtarza, zechciał otworzyć nam bramy nieba. Muszla pielgrzyma – to znak dobrze wszystkim znany. Pożyczymy ją teraz od Ciebie a później uczciwie zwrócimy! Oddamy Ci ją na pewno, gdy spotkamy się po ziemskiej wędrówce w wieczności.

       – Z jedną połową przyjdę ja – Wilhelm!

       – Z drugą połową przyjdę ja – Henning! I powiem tak: święty Jakubie oto Twoja muszla. Jest znowu cała. I niech już tak zostanie.

       – Prosimy Cię bardzo, przyjmij nas wtedy jak strudzonych pielgrzymów i okaż nam swą łaskawość.

       – Amen! – zakończyli wspólnie.

         Odmówiwszy tą krótką modlitwę Henning uniósł wnuczka i posadził go sobie na ramionach. Chłopiec kilka razy delikatnie uderzył młotkiem w przyniesione w kieszeni małe dłutko i muszla odłączyła się od kapelusza świętego Jakuba.

         – Dzięki Bogu! Praca wykonana. Teraz nareszcie jesteśmy prawdziwymi pielgrzymami, którzy kończą swoje Camino. Mamy muszlę, znak pielgrzyma i to pożyczoną na czas naszej ziemskiej wędrówki od samego świętego Jakuba – cichutko wyszeptał Walter .

     – Możemy spokojnie wracać do domu – dokończył Henning.

Tą samą drogą, którą przyszli ostrożnie opuścili świątynię.

       W domu, zgodnie z planem, należało przeciąć muszlę na dwie połówki. Wystarczyły trzy uderzenia młotkiem.

     – Proszę! Ta połówka jest dla dziadka! Ta połówka jest dla wujka! – oświadczył wnuczek, zadowolony ze swojego dzieła.

       Następnego dnia rano nocni komandosi doszli do słusznego wniosku, że o całej sprawie trzeba wreszcie poinformować księdza proboszcza oraz twórcę ołtarza i gorąco ich poprosić o usankcjonowanie niecodziennego wyczynu.

       Mistrz Pięknej Madonny, słuchając relacji obu Winterfeldów, był bardzo zdziwiony ale i rozbawiony. Nie mógł powstrzymać śmiechu.

     – Czy nie podchodzicie do sprawy nazbyt interesownie, zbyt po kupiecku? – zapytał.

       Gdy zaś bracia przedstawili szczere motywy dziwnego czynu i nadzieje z nim związane, odpowiedział z powagą:

     – Kaplica jest wasza. Ołtarz ufundowaliście wy. Muszla jest wprawdzie częścią tradycyjnego wizerunku świętego Jakuba. Ale nie ja ją rzeźbiłem. Została przed laty przyniesiona z Santiago de Compostela przez gdańskich pielgrzymów. Dzieła mego zatem w niczym nie naruszyliście. Niech więc zostanie tak, jak chcecie.

       Proboszcz kościoła Mariackiego ksiądz Andrzej ze Słomowa znał dobrze i lubił obu niesfornych braciszków oraz ich naprawdę miłe i kochające się rodziny. Uważnie wysłuchał opowiadania i gorącej prośby:

     – Niechże ksiądz proboszcz nie gniewa się na dwóch upartych braciszków. Taki podobno charakter ma cały nasz ród Winterfeldów. Niech wybaczy nasz czyn, może nierozważny lecz szczery i zezwoli na zatrzymanie muszli pielgrzyma. Wtedy wreszcie będziemy spokojni na dalsze, daj Boże długie jeszcze, lata naszego życia.

     – Na dwóch tak osobliwych uparciuchów rzeczywiście nie ma rady! – odpowiedział z rezygnacją ksiądz proboszcz. Zapamiętajcie jednak, że sama muszla, nawet Jakubowa, nie wystarczy do otwarcia bramy nieba. Musicie starać się o to głęboką wiarą, szczerą modlitwą, uczciwością i codzienną miłością Boga i bliźniego, co jak wiem, staracie się czynić.

       Braciszkowie dodali jeszcze skwapliwie, że kontynuują właśnie w swej kaplicy zaplanowane na dużą skalę prace malarskie.

     – Wykonywany w niej jest, przez miejscowych artystów, duży cykl malowideł pasyjnych. Rozpocznie go scena Ostatniej Wieczerzy. Następnie ukazane zostaną: Sąd Ostateczny oraz wyjątkowy, nie często spotykany, wizerunek Trójcy Świętej – wyjaśnili.

     – W zamian zaś za łaskawe zezwolenie na zatrzymanie tej jednej, jedynej tylko muszli przyrzekamy księdzu proboszczowi, gospodarzowi kościoła, że na ścianach naszej kaplicy namalowane zostaną aż dwa wizerunki Świętego Jakuba Apostoła – powiedział Wilhelm.

       – Oczywiście z piękną pielgrzymią muszlą na kapeluszu. Większy święty Jakub ufundowany będzie przez Wilhelma a mniejszy przeze mnie, jako że jestem młodszy – uzupełnił Henning.

     – Niech więc dla spokoju waszych serc już tak zostanie, jak życzą sobie fundatorzy ołtarza, bo i tak nie byłbym w stanie was przekonać – odpowiedział ksiądz proboszcz.

       I tak zostało do dnia dzisiejszego!

       Dlatego to właśnie rzeźba Świętego Jakuba Starszego w bazylice Mariackiej w Gdańsku różni się od wszystkich innych.

       Choć, zgodnie z tradycją, Apostoł przedstawiony jest w stroju pielgrzyma i dzierży w dłoni laskę, na kapeluszu brakuje muszli.

       Słynny ród Winterfeldów śni nadal swoją legendę.


Legenda z tomu „Z legendą przez wieki”,

autor: Stan Bogdan,

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o. (Gdańsk – Pelplin) 2012

Wśród licznych dzieł sztuki zgromadzonych w świątyni Mariackiej dużym kultem cieszy się grupa Ukrzyżowania w kaplicy Jedenasty Tysięcy Dziewic, współtowarzyszek św. Urszuli, które poległy z rąk okrutnych Hunów.

W 1600 roku powstał jednak poważny problem spędzający sen z powiek „ojcom kościoła”, jak wówczas nazywano członków Rady Kościelnej.

Nieubłagalne korniki stoczyły całkowicie rzeźbę Chrystusa na krzyżu, wykonaną przed stu siedemdziesięciu laty przez wielkiego gdańskiego rzeźbiarza – Mistrz Pięknej Madonny. Trzeba było koniecznie ją zrekonstruować.

Zwrócono się więc do starego mistrza, powszechnie znanego, zasłużonego i bardzo zdolnego. Mieszał on w niezbyt dużym lecz jednak obszernym gotyckim domku w cieniu bazyliki, przy ulicy Mariackiej. Był on naprawdę wielkim artystą ale jak często bywa wśród artystyczne braci, również niemałym dziwakiem. Sam prowadził gospodarstwo. Nikogo też zazwyczaj nie wpuszczał do swojej pracowni, prawdę mówiąc zagraconej i wypełnionej mnóstwem rzeźb kamiennych i drewnianych oraz przedziwnych konstrukcji, lin, bloczków oraz rozmaitych narzędzi. Mogła tam zaglądać tylko jego córka, dziewczyna zdolna i urodziwa. Ojciec sam ją wychowywał. Nikt dokładnie nie wiedział co się stało z jej matką. Mówiono, że zaraz po urodzeniu dziecka uciekła do Królewca z jakimś młodym rzemieślnikiem trudniącym się wyrobem cynowych naczyń. Opuszczony mąż zajął się wychowaniem dziecka i z jaszcze większą pasją oddał się sztuce.

Zamówienie Rady przyjął z zainteresowaniem i satysfakcją. Od dawna marzył, by stworzyć rzeźbę, która wyrażałaby to wszystko co czuł i czego sam w życiu doświadczył. Pragnął stworzyć dzieło, które nie miałoby równego sobie i może nawet byłoby godne dłuta samego Mistrza Pięknej Madonny.

Rozpoczął zatem wędrówkę po gdańskich kościołach. Długie godziny spędzał przed Pietą, Piękną Madonną i dwiema pozostałymi rzeźbami grupy Ukrzyżowania, aby dokładnie poznać charakter twórczości swego wielkiego poprzednika sprzed prawie dwustu lat – Mistrza Pięknej Madonny Gdańskiej. Wnikliwie analizował belki tęczowe, zwłaszcza Mistrza Pawła z Gdańska w kościele Mariackim oraz w kościołach św. Jana, św. Katarzyny i św. Trójcy. Przypatrywał się długo licznym obrazom przedstawiającym Ukrzyżowanie. Wykonywał wiele szkiców, rysunków i notatek.

W końcu wbrew swoim zwyczajom zaprosił do pracowni bardzo już posuniętego w latach mistrza rzeźbiarskiego, który ostatnio wsławił się wykonaniem wspaniałych rzeźb prospektu znanych w całej Europie Mariackich organów, wzorcowych na ówczesne czasy, zbudowanych przez Juliusa Antoniusa Friese (1583-86).

Stary mistrz długo przeglądał szkice, ze wszystkich stron obchodził wykonane już liczne modele i w końcu stwierdził z nutą nostalgii:

– Są wspaniale, ale jednak myślę, drogi przyjacielu, że żaden rzeźbiarz, który na własne oczy nie widział śmierci człowieka ukrzyżowanego, nie zdoła tego nigdy oddać w pełni dłutem w kamieniu czy drewnie. Cóż, niestety jesteśmy tylko ludźmi, tworzymy na miarę naszych możliwości, rzadko komu uda się je przekroczyć.

Rzeźba nadal nie byłą gotowa, a ostateczny termin wyznaczony przez „ojców kościoła” przybliżał się coraz bardziej. Mistrz przeżywał prawdziwie twórczy niepokój i stawał się coraz bardziej nerwowy. Do tego jeszcze pewnego dnia jego piękna córka przyprowadziła do pracowni chłopca i oświadczyła zdumionemu ojcu, że zamierzają się pobrać.

We troje usiedli do kolacji. Mistrz jednak zajęty był swymi myślami i prawie wcale nie zwracał uwagi na młodych. Chłopiec zaczął opowiadać o sobie, o warsztacie swego ojca w Królewcu, który słynął z wyrobu najlepszych naczyń cynowych i lichtarzy, o swej matce, która nie wiadomo czemu mocno sprzeciwiała się wyjazdowi syna do niedalekiego przecież Gdańska. Wreszcie o tym, że jego największym pragnieniem jest podjęcie nauki rzeźby, do której czuje prawdziwe powołanie.

Zasłuchanemu w tym momencie mistrzowi krew uderzyła do głowy. Stanęły mu przed oczyma lata młodości i postać młodej, niewiernej żony. Nie wiedział co robić. Wreszcie coś nim wstrząsnęło. Wstał i zdecydowanie oświadczył:

– Ty córko posprzątaj ze stołu i połóż się spać. Ciebie zaś mój uczniu proszę, abyś nie szedł dziś do domu i pomagał mi w pracowni, może nawet do białego rana. O waszym ślubie pomówimy innym razem.

Tej nocy dziewczyna spała bardzo niespokojnie. Męczyły ją senne koszmary. Wczesnym rankiem natychmiast pobiegła do pracowni. Jej ciężkie drzwi były jednak zamknięte. Pobiegła więc na podwórko i po lipowych kłodach wspięła się do okna ojcowskiego warsztatu. Jej oczom ukazał się niesamowity widok. Pod ukończonym krucyfiksem leżały bezwładne zwłoki ojca. Nieopodal stał oparty o ścianę drugi krzyż z desek, do którego przybity był, martwy już również, jej chłopiec.

Natychmiast wszystko zrozumiała. Ojciec namówił chłopca do pozowania. Następnie obserwując jego zgon tworzył z pośpiechem swe arcydzieło.

Tego nie wytrzymało biedne serce dziewczyny. Całą trójkę pochowano potajemnie wspólnie w rodzinnym grobie pod posadzką świątyni. Dzieło mistrza trafiło na miejsce swego przeznaczenia.

Dla wtajemniczonych do dziś jest jasne skąd pochodzi niezwykłą ekspresja rzeźby, jej realizm w ukazaniu cierpienia oraz ów szczegół odbiegający od zwyczajowej ikonografii. Mianowicie, że głowa Chrystusa jest wyprostowana, a nie skłoniona na ramię. Mistrz pod wpływem emocji zapomniał jak powinno być i rzeźbił po prostu tak jak widział.


 

Legenda z tomu „Z legendą przez wieki”,

autor: Stan Bogdan,

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o. (Gdańsk – Pelplin) 2012

Wyniosła wieży kościoła Mariackiego, jako najwyższy punkt w mieście, odgrywała zawsze ważną rolę.

Zaraz po zakończeniu pierwszego etapu budowy, około 1363 roku, stała się dla wielu tymczasowym lub stałym mieszkaniem.

Mieścił się w niej najpierw mały szpitalik, a raczej rodzaj przytułku dla chorych, kalek i bezdomnych. Nazywał się reclinatorium pauperum, czyli schronienie ubogich. Zgodnie z tradycją pod wieżą, w wejściu do świątyni, mieli oni prawo prosić o jałmużnę. Zdaniem rządzących wówczas miastem krzyżaków wśród bezdomnych gromadzących się w wieży dochodziło ciągle do różnych burd i ekscesów. Nakazali więc likwidację owego schroniska.

Sto lat później, w roku 1464 we wnętrzu podwyższonej już wieży wykonano izbę dla strażników wieżowych. Umieszczono w niej piec, aby można było wytrzymać w czasie długich miesięcy zimowych.

Znajdowało się tam także specjalne pomieszczenie dla dzwonników. Dzwonili oni przed nabożeństwami oraz na Anioł Pański, dawali sygnały do otwarcia i zamknięcia bram miejskich, rozpoczęcia i zakończenia pracy w porcie i w zakładach rzemieślniczych, sygnalizowali pożary, zamieszki i inne nadzwyczajne wydarzenia.

Straż wieżowa, pełniąca służbę przez całą dobę, miała obowiązek obserwować miasto, bramy miejskie oraz ruch statków przy ujściu Wisły i na redzie.

W wieży ustawione były również duże drewniane beczki z wodą na wypadek pożaru.

Wieża Mariacka pełniła także funkcję latarni morskiej. Była bowiem świetnym punktem orientacyjnym dla nawigatorów statków zmierzających do portu gdańskiego.

Oprócz ludzi wieża miała dawniej i ma obecnie licznych mieszkańców w postaci zadomowionych w mieście drobnych zwierząt, jak kuny, łasice, myszy, nietoperze. Mają w niej również swe gniazda liczne ptaki: gołębie, kawki, jaskółki, wróble, kruki, pustułki, jastrzębie. Zatrzymuje się tu także wiele ptaków przelotnych.

Gnieździ się w niej także pewien bardzo stary, rudy jastrząb. Niejednym jego potomkiem, który przypadkowo wypadł z wysokiego gniazda, zaopiekowali się gdańscy sokolnicy.

Niekiedy można zobaczyć, jak ów skrzydlaty drapieżnik, gwałtownie bijąc potężnymi skrzydłami, zawzięcie ściga śmigłą czarno-białą jaskółkę. Ciosy jego zakrzywionego dzioba i wyciągnięte ostre szpony mijają się jednak ze zwinnym ptakiem, co wywołuje radość trzepoczącego skrzydłami czarnego kruka.

Początek tej historii wydarzył się w czasie drugiego etapu rozbudowy świątyni Mariackiej, gdy na gdańskim zamku krzyżackim sprawował rządy porywczy komtur Henryk von Plauen, brat wielkiego mistrza, również Henryka.

Choć krzyżacy bezpośrednio nie uczestniczyli w budowie mieszczańskiej świątyni to jednak interesowali się nią. Szczególnie często na rusztowaniach, w pracowniach kamieniarzy, w pakamerach cieśli i murarzy pojawiał się, potężny wzrostem i tuszą, rudy rycerz, który być może interesował się sztuką, a może głównie słuchał tego, co mówią ludzie.

Przy budowie zatrudnił się także stary bursztyniarz Mikołaj Wrosz wraz z dwoma synami: Stachem i Wojtkiem. Mieszkali oni przy błotnistej uliczce Dolne Rybaki na Osieku. Posiłki ojcu i braciom codziennie przynosiła córka imieniem Kasia. Dziewczyna była tak żywa i zwinna, że nazywano ją jaskółeczką. Zakochał się w niej wkrótce młody budowniczy Ecelino, bardzo utalentowany kierownik całej budowy. Kasi nie był on również obojętny. Za zgodą ojca zapraszała go nieraz do domku na Osieku, gdzie po kolacji w długie jesienne i zimowe wieczory śpiewała kaszubskie piosenki. Wśród nich wiele rzewnych i wzruszających mówiło o rzezi gdańskiej.

Wydarzyła się ona 13 listopada 1308 roku. Sprawcami jej byli krzyżacy, którzy zbrojnie opanowali gród gdański i zajęli całe miasto. Zginęło wówczas nie mniej, a raczej więcej niż sześćdziesięciu gdańszczan przeciwnych krzyżakom.

W następnych latach różnego rodzaju mniejsze lub większe konflikty między zamkiem a miastem zdarzały się również nader często.

Nawet wielkie zwycięstwo, odniesione przez Polskę i Litwę nad krzyżakami pod Grunwaldem w 1410 roku, nie przyniosło trwałego pokoju. Obie strony zawiesiły broń tylko na pewien czas.

Zaraz po bitwie pod Grunwaldem Rada Gdańska uznała władzę polskiego króla Władysława Jagiełły, który nadał miastu nowe przywileje. Wprawdzie rok później, w wyniku Traktatu Toruńskiego, Gdańsk z powrotem wrócił pod zwierzchnictwo poprzedniej władzy – krzyżaków, lecz Rada Miasta usiłowała uzyskać od wielkiego mistrza Henryka von Plauen potwierdzenie uprawnień nadanych w przywileju królewskim. Odmówiła również podporządkowania się uchwale ogółu stanów pruskich, podjętej 22 lutego 1411 roku w Ostródzie, o nadzwyczajnym podatku na rzecz skarbu Państwa Zakonu Krzyżackiego. Co więcej, zażądała od krzyżaków zwrotu kosztów ekspedycji marynarzy wysłanych z Gdańska do pomocy w obronie Malborka w lipcu 1410 roku.

W rokowaniach, które rajcy podjęli z gdańskim komturem, bratem wielkiego mistrza, doszło do wzajemnego obrzucania się obelgami i zerwania rozmów.

Wówczas obaj von Plauenowie zdecydowali się na zastosowanie wobec Gdańska metody zwykle najskuteczniejszej – sankcji ekonomicznych. Zablokowano drogi dojazdowe do miasta, a port zamknięto łańcuchem. Handel został przeniesiony do Elbląga, a towary gdańskie wszędzie zatrzymywano.

W odpowiedzi na to Rada Miasta Gdańska wzmocniła obwarowania miejskie i zamurowała bramę wejściową do zamku krzyżackiego, odcinając załogę warowni od świata. Gdy doszło do starć na morzu i zagarnięcia w Zatoce Puckiej statku gdańskiego, miasto wyprawiło w morze 250 marynarzy na dwóch większych i kilku mniejszych uzbrojonych statkach. Rozesłano też kilkudziesięciu zbrojnych żołnierzy w okolice miasta.

Rosnące napięcie spowodowało, że podjęto ponownie rozmowy, które 5 kwietnia 1411 roku doprowadziły do uzgodnienia rozejmu. Komtur gdański Henryk von Plauen zadeklarował uczucia żywej przyjaźni wobec miasta i polecił usunąć łańcuch blokujący wejście do portu. Mieszczanie rozebrali mur zamykający bramę zamkową.

Jednakże już następnego dnia wójt krzyżacki w Tczewie, nie wiedząc o rozejmie i wzajemnych pokojowych deklaracjach, zatrzymał wozy gdańskich kupców i zarekwirował ich towary. Rada Miasta Gdańska natychmiast wysłała do niego ostry list, zapowiadający różne sankcje wobec urzędników krzyżackich, o ile natychmiast nie nastąpi zwrot zagarniętego mienia. List ów wójt tczewski przez umyślnego trębacza przesłał gdańskiemu komturowi, który uznał go za niezbity dowód dwulicowego rzekomo postępowania Rady Miasta Gdańska. Porywczy Henryk von Plauen niezwłocznie podjął samodzielne działania, licząc na późniejszą akceptację swego wielkiego brata.

6 kwietnia wezwał na zamek dwóch gdańskich burmistrzów: Konrada Letzkau i Arnolda Hechta, którzy udali się tam w towarzystwie dwóch rajców: Bartłomieja Grossa (męża córki burmistrza Letzkaua) oraz drugiego zwanego Huxerem. W dniu tym przypadała akurat Niedziela Palmowa.

Gdy wezwani wysocy urzędnicy zjawili się u wrót zamkowych, podobno siedzący na poręczy przerzuconego nad fosą zwodzonego mostu błazen komtura, ni to żartem ni to poważnie, kiwając przyozdobioną dzwonkami głową, powiedział:

– Oj, Ojojoj! Zgotował wam Pan mój ucztę taką, że przeklinać będziecie dzień, w którym matki na świat was wydały.

Słowami tymi przejął się jednak tylko rajca Huxer. Zajrzał do wiszącej u pasa sakwy i wykrzyknął:

– Ach! Zapomniałem oddać klucze od skarbca miejskiego. Muszę co prędzej odnieść je do ratusza. Później do was dołączę.

I zostawiwszy współtowarzyszy powrócił czym prędzej do miasta.

Za pozostałymi zatrzasnęły się ciężkie zamkowe wrota.

Zdążyli oni jeszcze usłyszeć ponownie głos błazna:

– Mądry to ptak, który nie pozwolił zapędzić się w sidła. Biada wam, biada, wam trzem, którzyście nie posłuchali głosu mej przestrogi!

W wielkiej rycerskiej sali delegatów przyjął komtur Henryk von Plauen. Zażądał, aby w imieniu miasta wyrzekli się roszczeń dotyczących zatwierdzenia przywilejów nadanych przez króla Władysława Jagiełłę i wsparli Państwo Zakonu Krzyżackiego w wojennej potrzebie.

– Panie komturze, jeżeli tylko po to wezwaliście nas na zamek, to marnujemy czas. Nie jesteśmy upoważnieni do dyskusji na temat przywilejów nadanych miastu przez Jego Królewską Wysokość Króla Władysława! – z odwagą i godnością odpowiedział burmistrz.

– Sprzeniewierzacie się więc lojalności wobec Państwa Zakonu Krzyżackiego, które jest waszą ojczyzną i karmi was swym chlebem! – ze złością wykrzyknął komtur.

– Nie, panie komturze, nie jesteśmy jednak w żaden sposób upoważnieni do zmiany decyzji polskiego monarchy – spokojnie odrzekł Konrad Letzkau.

– Wszyscy jesteście tego samego zdanie?

– Tak, oczywiście panie komturze! – padła odpowiedź.

Nie panując już nad złością komtur wykrzyknął:

– Tak! Tak! To są tylko wykręty! A więc dobrze! Zmiękniecie w lochu!

– Wyprowadzić ich!

I tak trójka miejskich urzędników znalazła się w ponurej celi gdańskiego zamczyska. Po nieprzespanej nocy postawiono ich ponownie przed obliczem komtura Henryka von Plauen.

Na początku, strojąc się w powagę, przypomniał on, że władze Państwa Zakonu Krzyżackiego zastrzegły sobie prawo sądzenia niektórych cięższych przestępstw, zaś komturom gdańskim przysługuje prawo używania tytułów „burgrabiego i najwyższego sędziego Gdańska”.

– A więc teraz, występując w charakterze najwyższego sędziego doraźnego sądu, pytam was ponownie:

– Czy w imieniu miasta wyrzekniecie się roszczeń dotyczących zatwierdzenia przez nas przywilejów nadanych przez króla Władysława Jagiełłę?

– Panie komturze, raz jeszcze z całym szacunkiem muszę podkreślić, że interpretacja dotycząca jakichkolwiek postanowień Jego Królewskiej Mości przekracza nasze kompetencje – odpowiedział burmistrz.

– Czy wesprzecie Państwo Zakonu Krzyżackiego w wojennej potrzebie? – padło następne pytanie.

– Miasto zrujnowane ostatnimi działaniami wojennymi nie jest w stanie dźwigać dodatkowych ciężarów – spokojnie odpowiedział Konrad Letzkau.

– Już tylko dla porządku zapytam – z nieukrywaną złością kontynuował przesłuchanie komtur – czy zaprzestaniecie łamania prawa i uiścicie dodatkowy podatek uchwalony w Ostródzie?

– W tej chwili miasto nie ma takiej możliwości.

– Czy zaniechacie bezzasadnych roszczeń i zrezygnujecie z bezczelnego wystawiania rachunków za ekspedycję marynarzy wysłanych dla obrony malborskiej twierdzy?

– Panie komturze, zwrotu poniesionych kosztów wymaga zarówno budżet miasta, jak i zwykła sprawiedliwość.

– Zuchwałe odpowiedzi! A więc ostatnie pytanie: czy cała trójka jest tego samego zdania?

– Tak! W pełni podzielamy stanowisko Pana Burmistrza! – odpowiedzieli obaj gdańszczanie.

– W więc oskarżam was o zdradę stanu i spisek przeciwko państwu. Za moment usłyszycie wyrok! – w paroksyzmie złości wykrzyknął komtur.

Oskarżonych pod eskortą knechtów wyprowadzono z sali, by po dłuższej chwili wprowadzić ich z powrotem.

Ujrzeli zgromadzony konwent rycerzy, komtura zasiadającego w rzeźbionym gdańskim fotelu i stojącego obok kata.

Wkrótce ogłoszono wyrok:

– Za zdradę stanu i knowania przeciwko państwu: kara śmierci! Wykonana zostanie natychmiast. Możecie jeszcze pojednać się z Bogiem. Po czym kat niech czyni swoją powinność! – padły twarde słowa.

– To jest parodia sądu i jawne bezprawie. Osądzi nas Bóg i historia! – z powagą odrzekł burmistrz.

W tym momencie wydarzyła się rzecz niespotykana. Głos zabrał zawsze milczący kat:

– Wasza Wysokość – powiedział zwracając się do komtura – jeżeli mam wykonać wyrok, proszę o przedstawienie go na piśmie i opatrzenie wielką pieczęcią gdańskiej komturii!

Wściekły ze złości Henryk von Plauen z rumorem zerwał się z fotela, walnął pięścią w stojący przed nim stół, porwał swój wielki miecz i zamierzył się nim na kata tak, że ten ledwie uskoczył przed groźnym ostrzem. Powstało ogólne zamieszanie.

Skazańców wyprowadzono. Wkrótce, w bliżej nieznanych okolicznościach zostali zgładzeni. Fakt morderstwa zatajono.

Nie znając rozwoju wypadków, rajcy Głównego Miasta zaczęli energicznie domagać się wypuszczenia delegatów. Zaniepokojeni odmową komtura wysłali swych przedstawicieli do wielkiego mistrza. Zwrócili się również do Rady Miejskiej Torunia o zorganizowanie wspólnej interwencji miast pruskich w tej wyjątkowej sprawie. Pod murami potężnego zamczyska zaczęły gromadzić się tłumy bojowo nastawionych, uzbrojonych mieszczan.

Tymczasem wielki mistrz zarządził natychmiastowe uwolnienie gdańszczan.

Komtur gdański, spełniając polecenie swego brata, musiał ujawnić smutną prawdę. 13 kwietnia wydał gdańszczanom zwłoki zamordowanych. Pogrzebano je w kościele Mariackim, w prezbiterium przed kaplicą świętej Jadwigi. Na dużej, kamiennej płycie nagrobnej umieszczono łaciński napis: „Tu spoczywają czcigodni mężowie Konrad Letzkau i Arnold Heket, burmistrzowie miasta Gdańska, którzy odeszli z tego świata w poniedziałek po niedzieli Palmowej, Roku Pańskiego 1411”.

Wrażenie, jakie wywarło w Gdańsku wydanie zwłok pomordowanych było wstrząsające. Nic dziwnego, że pogłębiło ono i tak powszechną niechęć mieszczan wobec krzyżaków.

Wkrótce, bo latem 1414 roku, ponownie podjęte zostały przez Polskę i Litwę działania wojenne, określane przez historyków mianem „wojny głodowej”. Walczące wojska niszczyły zasiewy i plony. Wprowadzano zakazy wymiany handlowej. Znacznemu spustoszeniu uległy ziemie krzyżackie.

W tych warunkach coraz bardziej rozwijały się w Gdańsku różne formy buntu, konspiracji i oporu przeciwko władzom Państwa Zakonu Krzyżackiego. A z drugiej strony postępowała mobilizacja sił militarnych i wywiadowczych ze strony zamku komturskiego nad Motławą. Jego grube mury i potężne wieże, z dumnie powiewającymi chorągwiami, nieustannie przypominały kto sprawuje faktyczną władzę w mieście.

Często można było spotkać dziwnych osobników, którzy dyskretnie zasłaniali twarze podniesionym kołnierzem i szerokim rondem kapelusza, a oczy ciemnymi oculariami. Choć ubrani byli jak przeciętni gdańszczanie, z ich ponurego wyglądu i wścibskiego zachowania można się było domyślić, że są to TW – tajni współpracownicy gdańskiego zamku krzyżackiego, siedziby przedstawicieli zwierzchniej władzy państwowej.

Napięcie więc nieustannie wzrastało.

Wracając do naszych wydarzeń. To właśnie jakiś TW doniósł komu należy, że również stary bursztyniarz Mikołaj Wrosz, ojciec dwóch synów: Stacha i Wojtka oraz córki Kasi, zamieszkały przy uliczce Dolne Rybaki na Osieku, popiera wolnościowe aspiracje miasta, uznaje króla Władysława Jagiełłę za prawowitego władcę Gdańska i skrycie opowiada, że rządy krzyżackie niedługo się skończą.

Skutek był taki, że pewnego dnia został on osadzony w ponurym lochu czerwonego zamczyska nad Motławą.

Zrozpaczona Kasia pobiegła szukać ratunku u wysoko cenionego przez władze Ecelina. Wszyscy bowiem dostrzegali wielki talent młodego budowniczego i bardzo liczyli się z jego opinią.

– Nie widzieliśmy go dzisiaj – odpowiedzieli murarze – ale jest tu ten rudy rycerz, chyba jeden z zastępców komtura.

Dziewczyna szybko wspięła się po rusztowaniach pod sam szczyt wieży. Stał tu rzeczywiście wysoki, rudy rycerz i przypatrywał się pracy zawieszonych na rusztowaniach murarzy.

– Dostojny Panie – zawołała błagalnie dziewczyna – zlituj się nad moim ojcem, jest już stary i słaby, nie wytrzyma długo w lochu.

Rycerz odrzucił na ramię połę płaszcza, wydął pogardliwie wargi i uważnie spojrzał na dziewczynę.

– Co, proszę? O co chodzi? – zapytał.

Kasia jeszcze raz powtórzyła swą prośbę:

– Dostojny Panie! Chodzi o mego ojca. Został uwięziony w areszcie zamkowym. Jest już stary i słaby, nie wytrzyma długo w lochu.

– Ach tak. Do więzienia jest za stary! Do więzienia jest za słaby! A do knowań przeciwko władzom państwowych – nie. Tu sił mu nie brakuje. Jątrzy! Wzywa do buntu! Występuje przeciwko własnemu państwu, które karmi go i przyodziewa.

– Dostojny Panie! Proszę cię o pomoc! Błagam! Pomóż mi go uwolnić!

– Ten człowiek nie powinien być na wolności! – odpowiedział, nie spuszczając z Kasi drapieżnego spojrzenia.

– Zostanie w więzieniu?

– Tak. I ty tam się znajdziesz niecna dziewczyno! – ciągnął dalej.

– I kto to prosi? Tobie też nie podoba się władza państwowa. Chce ci się spiskować. Skończą się twe piosenki o rzezi Gdańska. W lochu zaśpiewasz inaczej, na inną melodię!

Z oczu Kasi popłynęły gorzkie łzy. Odwróciła się i w milczeniu skierowała ku zejściu z rusztowania.

W tym momencie zaślepiony złością rudy rycerz wyciągnął swe długie ręce, niczym ptasie szpony i chwycił za szeroki rękaw modrej Kasinej sukni. Dziewczyna szarpnęła się przerażona.

– Nie ujdziesz mi! Choćbyś się zmieniła w ptaka i tak złapię cię i porwę na zamek!

Od tej chwili dalsze wydarzenia potoczyły się błyskawicznie.

Oboje szamotali się przez chwilę na skraju chybotliwego rusztowania. Zawzięty rycerz omal nie udusił dziewczyny, gdy niespodziewanie pojawił się zdyszany Ecelino. Cieśle i murarze powiedzieli mu już o nieszczęściu, jakie spotkało starego Wrosza i o tym, że Kasia pobiegła prosić rycerza o łaskę. Chciał on również wstawić się za Mikołajem. Gdy jednak zobaczył co się dzieje, ogarnęła go taka złość i desperacja, że wprost nie wiedział co czyni. Na moment uległ jakiemuś zaślepieniu.

– Tego już za wiele! Przebrała się miarka! Giń nikczemniku! – wykrzyknął i popchnął z całej siły rycerza. Ten zachwiał się, lecz nie wypuścił z rąk Kasi i oboje runęli w przepaść.

– Cóż uczyniłem? – jęknął Ecelino – oddałbym życie, żeby cię ocalić, Jaskółeczko!

Z rozpaczą oburącz złapał się za głowę. Zamknął oczy. Kilka razy niebezpiecznie zachwiał się i za moment runął z wysokiej wieży.

Już cała trójka miała roztrzaskać się o brukowe kamienie, gdy stała się rzecz nie do pojęcia. Szerokie rękawy Kasinej sukni zatrzepotały jak skrzydła i dziewczyna zawisła w powietrzu biało-czarną jaskółką. Rzucił się za nią w gwałtowny pościg wielki rudy jastrząb. Zniknął Ecelino, lecz za moment lśniący kruk zatrzepotał triumfalnie skrzydłami, gdy jaskółka zgrabnie uniknęła ciosu ostrego dzioba.

Stojący na rusztowaniach murarze nie byli pewni czy to jakaś wizja, jakiś sen, czy to przywidzenie, czy może zjawa czy rzeczywistość?

Tak czy inaczej, mówią jednak, że od tamtej chwili scena ta co jakiś czas się powtarza.

Drapieżny jastrząb, gwałtownie bijąc potężnymi skrzydłami, zawzięcie ściga śmigłą czarno-białą jaskółkę. Ciosy jego zakrzywionego dzioba i wyciągnięte szpony mijają się jednak ze zwinnym ptakiem, co wywołuje radość trzepoczącego skrzydłami czarnego kruka.

Wzmaga się wtedy gwar kołującego niestrudzenie wokół wieży ptactwa.

Wykrzykuje ono podobno od wieków ważne przesłanie:

„Wielka jest moc nienawiści, lecz siła miłości jest stokroć potężniejsza!”


Legenda z tomu „Z legendą przez wieki”,

autor: Stan Bogdan,

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o. (Gdańsk – Pelplin) 2012

Działo się to 5 lipca 1626 roku. Dzień budził się piękny i pogodny. Na niebie nie było widać ani jednej chmurki. Czyste i rześkie powietrze zapewniało doskonałą widoczność.

Na skraju gęstego lasu, na rozległej plaży Półwyspu Helskiego, kilku kaszubskich rybaków pracowicie krzątało się przy swych niewielkich łodziach. Uważnie segregowali srebrzyste ryby złowione w czasie nocnego połowu. Nad nimi uwijały się mewy – ptaszkowe samoloty. Wypatrywały okazji, aby pochwycić w locie odrzucaną rybią drobnicę. W dali drzemały uśpione jeszcze wioski.

Nagle wszyscy unieśli głowy. Odruchowo spojrzeli w morze i znieruchomieli. Działo się tam coś niezwykłego.

Na dalekim horyzoncie z wolna wyłaniał się olbrzymi las masztów.

Zahartowani w trudnej pracy rybacy w całym swym długim życiu nigdy jeszcze nie widzieli takiego mrowia żagli.

       – Co to? Co się dzieje?

       – Czy może to jakiś sen strudzonych nocną pracą oraczy morza?

       – Czy to zjawa, przywidzenie?

       – Czy to rzeczywistości?

Niestety, była to rzeczywistość.

Potężna armada, zbliżając się nieco do Półwyspu Helskiego, majestatycznie defilowała przed oczyma zdumionych rybaków.

Widać już było wyraźnie uzbrojone okręty wojenne i transportowce. Na ich grotmasztach powiewały bandery z trzema koronami, umieszczonymi pośrodku żółtego krzyża. Poniżej łopotały długie języki flag wiatrowych o barwach narodowych. Na drzewcach rufowych poranna bryza podrywała wielkie bandery z herbem Wazów.

Nie było wątpliwości czyja jest ta ogromna flotylla, przewożąca pod żaglami prawie stu trzydziestu różnego rodzaju transportowców i okrętów wojennych, czternaście tysięcy żołnierzy.

       – Szwedzi na horyzoncie!

       – To Szwedzi!

       – Rabusie Gustawa Adolfa!

Widok był rzeczywiście niezwykły, porywający, wprost bajeczny, groźny i piękny.

Kaszubscy rybacy nie mieli zamiaru go jednak podziwiać. Pozostawili swe łodzie i ile sił w nogach pobiegli do wioski.

Nauczeni wcześniejszym doświadczeniem chcieli przede wszystkim ukryć swe rodziny i dobytek w odpowiednio przygotowanych miejscach, aby ustrzec się przed napadem morskich rabusiów. Nieraz już bowiem Szwedzi napadali na spokojne kaszubskie wsie i osady. Rabowali dobytek lub nakładali na mieszkańców wysoką kontrybucję, brutalnie grożąc spaleniem wioski w razie jej nie zapłacenia. Łupili wszystko co cenniejsze, np. dzwony, organy, dzieła sztuki z kościołów, książki z bibliotek, meble ze szlacheckich dworków i wywozili do Szwecji.

Wieść o inwazji rychło dotarła do uzbrojonego Pucka, a następnie do ludnego i bogatego Gdańska. Groźne działa twierdzy Wisłoujście, zwanej często latarnią, skierowały się w stronę morza.

Szybko okazało się jednak, że Szwedzi nie mają zamiaru atakować Gdańska lecz kierują się na południowy wschód, ku innemu ważnemu portowi w Prusach Książęcych – ku Piławie (dziś Bałtijsk). Potężna armada nie spodziewała się tam silnego oporu.

Tak też i było.

Słaba eskadra pilnująca portu poddała się bez walki i 6 lipca Piława znalazła się w rękach Szwedów. Wysadzone na ląd wojska zbrojnym pochodem ruszyły w głąb kraju.

W ten sposób rozpoczęły się trzyletnie zmagania polsko-szwedzkie, znane dziś pod nazwą wojny o ujście Wisły.

Jej podłożem był trwający już wiele lat spór dynastyczny pomiędzy królem Polski Zygmuntem III Wazą a boczną linią Wazów – książętami Sudermanii.

Wybrany na tron Polski Zygmunt III Waza pragnął zachować swe dziedzictwo – koronę szwedzką. Tymczasem został w Szwecji zdetronizowany.

Nowym królem ogłoszono tam jego stryja – Karola. Zygmunt III odmawiał mu prawa do tronu, uważał za uzurpatora i nadal tytułował się królem Polski i Szwecji.

Z tego powodu dochodziło co pewien czas do wojen między Zygmuntem III i Karolem, a potem jego wojowniczym synem – Gustawem Adolfem.

Tymczasem niemałe sukcesy Szwecji odniesione w wojnie z Rosją utwierdziły Gustawa Adolfa w mocnym przekonaniu, że przy pewnym wysiłku, uda mu się wkrótce cały Bałtyk przekształcić w wewnętrzne morze szwedzkie.

Do tego też usilnie dążył.

Nieco ponad pół wieku przed tymi wydarzeniami, w 1572 roku w dalekiej, nizinnej krainie – Fryzji, w niewielkim miasteczku Delft leżącym na południe od Hagi, w rodzinie Dickmanów urodził się chłopiec. Na chrzcie świętym nadano mu imię Arndt, co po polsku znaczy Arnold.

Rodzice jego byli niezbyt bogatymi kupcami. Faktycznie posiadali nieduży sklepik z różnymi towarami codziennego użytku, w prowadzeniu którego pomagały również dzieci. Pierwsze nauki w kierunku zawodu kupieckiego pobierał w nim również mały Arndt.

Po zakończeniu codziennych prac w sklepiku rodziców, chłopiec często wędrował ulicami starego miasta, poprzecinanego siecią szerokich kanałów. Przysiadał w cieniu zabytkowych domostw na dużym rynku. Modlił się w starym kościele, zbudowanym w 1250 roku. Zaglądał do nowego kościoła, znanego z wysokiej 115-metrowej wieży oraz pięknych rzeźb i obrazów. Wstępował do pracowni wielu żyjących w mieście malarzy i do składów z przepięknymi wyrobami z fajansu, z których słynęli pracowici rzemieślnicy z Delft. Z dużym zainteresowaniem przyglądał się ich pracy i z przyjemnością w niej pomagał. Chętnie przemierzał z kolegami, niewielką łodzią żaglową, miejskie kanały i w rzece Schie łowił ryby.

Nieraz zastanawiał się nad tym kim chciałby w życiu zostać i co miałby w przyszłości robić. Myślał o zawodzie kupca, interesowało go również malarstwo i pociągała żegluga.

Gdy skończył lat szesnaście, zgodnie z ówczesnym zwyczajem, pożegnał rodziców i rodzeństwo. Spakował w niewielki tobołek swój skromny dobytek i wyruszył w daleki, nieznany świat, aby pogłębiać naukę oraz zdobywać praktyczne doświadczenia, właśnie w zawodzie kupieckim.

Najpierw przemierzał krainy niemieckie. Następnie podjął wędrówkę po różnych krajach Europy. Wynajmował się w charakterze pomocnika w sklepach i kantorach. Zarabiał w ten sposób na życie i wiele się uczył. Rozmawiając ciągle ze swymi pracodawcami i ich klientami opanował kilka języków obcych.

Zawsze był pogodny i uprzejmy. Do życia i swych codziennych obowiązków podchodził z optymizmem. Nigdy nie szczędził sił w pracy, dlatego udało mu się zgromadzić niewielkie oszczędności.

W końcu przyszło mu osiąść w Gdańsku. Tutaj już samodzielnie zajął się drobnym handlem. Uzyskał nawet tzw. małe obywatelstwo i kupiecki patent.

Wówczas był pewny, że tu właśnie, nad Motławą, znalazł swą drugą, małą ojczyznę i już na zawsze zostanie gdańszczaninem.

Nie mógł się jednak spodziewać, że obok królewskiego kapra Pawła Benecke, będzie w przyszłości najsłynniejszym spośród dawnych gdańskich żeglarzy.

Któregoś dnia w kościele Mariackim poznał młodą wdowę po tutejszym żeglarzu – Elżbietę West.

Od pierwszego wejrzenia poczuli do siebie sympatię. Zaczęli się ze sobą spotykać. Wkrótce odbył się ich ślub. Żyli szczęśliwie i doczekali się czwórki dzieci: jednego chłopca i trzech dziewczynek.

Wraz z ręką Elżbiety Arndt Dickman otrzymał statek, odziedziczony po jej pierwszym mężu.

W ten sposób zajął już znaczące miejsce w gdańskiej społeczności. Stal się armatorem i samodzielnym szyprem. Odbywał regularne, dość częste rejsy handlowe do krajów skandynawskich, a nawet do dalekiej Hiszpanii.

Nabierał morskiego doświadczenia. Rozwijał umiejętności dowódcze i nawigacyjne. Wkrótce wsławił się jako odważny i roztropny żeglarz.

W 1622 roku uzyskał pełne gdańskie obywatelstwo. Zaczęto go cenić, jako jednego z najwybitniejszych tutejszych kapitanów.

Po pewnym czasie powierzono mu zaszczytny i odpowiedzialny urząd przełożonego marynarskiego szpitala przy kościele św. Jakuba. Szpital ten w latach 1411-1413 ufundował wielki mistrz krzyżacki Henryk von Plauen, zaś Bractwo Żeglarzy wzniosło przy nim kaplicę pod wezwaniem swego patrona – św. Jakuba. Znajdowali w nim schronienie i opiekę starzy lub schorowani gdańscy marynarze. Przy szpitalu znajdowały się również: przytułek, łaźnia, gospoda oraz marynarski cmentarz.

Historycy piszą, że Arndt Dickman był nie tylko „mężem roztropnym i dzielnym ale także bogobojnym, który zanim wydał rozkaz podniesienia kotwic i rozwinięcia żagli, pobożną modlitwą i śpiewem oddawał cześć Najwyższemu”.

Rzeczywiście, od pierwszych chwil pobytu w Gdańsku, często można było go spotkać w kościele Mariackim, słusznie nazywanym morską katedrą.

Wiele razy nawiedzał kaplicę św. Olafa, wiecznego króla Norwegii, patrona kupców w podróżach morskich.

Z całą swą rodziną zatrzymywał się pod namalowaną w niej na ścianie wielką sceną, przedstawiającą niezatapialny okręt Kościoła. Wyjaśniał dzieciom ciekawe szczegóły pięknego malowidła. Wspominał słowa skierowane niegdyś przez papieża Celestyna IV do pyszałkowatego cesarza Fryderyka II: „By zniszczyć łódź Piotrową próżno trudzisz dłonie. Ten okręt, choć się chwieje, nigdy nie zatonie” i z uśmiechem dodawał:

       – Tak samo jest z nami. Daj Boże, by nasz korab nigdy nie         zatonął, a nasza rodzina, mimo wichrów i burz, zawsze trzymała           się razem!

Stojąc przed obrazem Hansa Memlinga, przedstawiającym „Sąd Ostateczny”, z dumą myślał o dawnej, dzielnej załodze karaweli „Piotr z Gdańska” i jej dowódcy królewskim kaprze Pawle Benecke, sławiących polską banderę przed stu pięćdziesięciu laty.

Modlił się o Bożą opiekę w czasie dalekich rejsów, za wstawiennictwem „Gwiazdy Morza” – Pięknej Madonny Gdańskiej, która zawsze była otaczana czcią gdańszczan.

W roku 1626, gdy Ojczyzna znalazła się w potrzebie, Arndt Dickman porzucił spokojną, zaszczytną posadę przełożonego marynarskiego szpitala i zaciągnął się w służbę króla Polski Zygmunta III Wazy.

Na czas akcji bojowych nadano mu stopień nadkapitana, dowodzącego eskadrą okrętów.

Po zdobyciu Piławy, początkowo Gustawowi Adolfowi sprzyjało wojenne szczęście.

Szybkim, zwycięskim marszem szwedzka piechota, silnie wspierana polową artylerią, zajęła Braniewo, Frombork, Elbląg, Malbork, sforsowała Wisłę, zdobyła Tczew, Gniew, Puck, Oliwę i Głowę Gdańską. Wojsko bezkarnie plądrowało Żuławy i okolice Gdańska, napadało na spokojnych rybaków i rolników.

Wydzielona część szwedzkiej floty rozpoczęła blokadę Zatoki Gdańskiej. Szwedzkie okręty wojenne patrolowały jej wody, trzymając się jednak przezornie poza zasięgiem groźnych armat twierdzy Wisłoujście. W ten sposób port gdański został odcięty od świata.

Najważniejszy jednakże cel wojennej wyprawy Szwedów – zdobycie Gdańska, nie został osiągnięty.

W tej sytuacji, 16 lipca u bram miejskich zjawił się szwedzki trębacz, który przekazał władzom miasta list od Gustawa Adolfa.

Domagał się on, aby Gdańsk ogłosił neutralność, a więc aby nie podejmował żadnych wojskowych lub cywilnych działań skierowanych przeciw Szwecji, aby usunął z portu okręty oraz artylerię króla polskiego, a żołnierzom szwedzkim umożliwił swobodne nabywanie żywności i innych potrzebnych towarów. Zapewniał, że w zamian za to ofiaruje Gdańskowi swą przyjaźń.

W przeciwnym wypadku będzie zmuszony traktować gdańszczan jako poddanych swego wroga. Gdańsk przekona się wówczas, że szwedzka armia „wie co to wojna” i zobaczy „co to jest traktować z rozgniewanym wrogiem”.

Władze Gdańska, po pewnych wahaniach, odrzuciły wszystkie propozycje Gustawa Adolfa. Do podjęcia takiej decyzji najbardziej przyczynił się zwykły lud gdański.

Bogaty patrycjat, zatroskany widać bardziej o utratę zysków z handlu niż o dobro ojczyzny, próbował z początku skrycie prząść dyplomatyczne nici. Poprzez różne kontakty i rozmowy szukał sposobów, by z jednej strony mglistymi obietnicami ugłaskać wojowniczego Gustawa Adolfa, a z drugiej nie narazić się królowi Polski Zygmuntowi III.

Reprezentanci ludu, zasiadający we władzach miasta w tzw. „kwartale rybackim”, wezwali jednak stanowczo do dochowania wierności Rzeczypospolitej. A to „z tej przyczyny, że jesteśmy zobowiązani wobec Jego Królewskiej Mości i Korony przysięgą, że nie oddzielimy się nigdy od ziemi i miast Prus, jeśli zaś to obecnie uczynimy, nie dopuszczą nas ani do sejmiku prowincji, ani do sejmu”.

Odwagi gdańszczanom dodała również wiadomość, że król Polski Zygmunt III, z dość licznym i dobrze uzbrojonym wojskiem, zbliża się już do Torunia.

Powoli tężał też opór zaskoczonych początkowo wojsk polskich. Gdańszczanie zaczęli więc starannie wzmacniać obronne wały i szańce. Zwerbowali nowych zaciężnych, powiększając wojskową załogę do pięciu tysięcy żołnierzy. Wodą ze śluz zalali nizinne tereny położone obok miasta.

W mieście ogłoszono ogólną gotowość bojową. Młodych mieszczan zobowiązano do udziału w musztrze wojskowej i wydano im broń. Na fortyfikacjach zewnętrznych ustawiono stałe warty, które we dnie i w nocy miały wypatrywać pojawienia się wroga.

Gdy władze miasta postanowiły wreszcie przerwać i tak bezowocne rozmowy z królem Szwecji, 14 sierpnia Gustaw Adolf kazał trąbić trębaczom i werblistom bić w bojowe bębny.

Był to sygnał do rozpoczęcia wojny przeciwko odważnemu i wiernemu Gdańskowi.

Dwa tygodnie później, 27 sierpnia, koło żuławskiej wsi Grabiny, doszło do zbrojnej utarczki pomiędzy oddziałami wojsk gdańskich i szwedzkich. Gdańszczanie ponieśli wprawdzie porażkę ale nie stracili ducha. W czasie rokowań, w sprawie wymiany jeńców, pułkownik gdański oświadczył szwedzkiemu oficerowi:

– My, gdańszczanie pokładamy nadzieję w Bogu, w Jego Królewskiej Mości Królu Polski i w swej słusznej sprawie.

Rozzłoszczony Gustaw Adolf mógł tylko, z krzywym grymasem na twarzy, powiedzieć pod adresem dzielnych gdańszczan:

– Odebrałem im wodę, gdybym mógł odebrać im powietrze, uczyniłbym to.

Tymczasem do Prus wezwano hetmana polnego koronnego Stanisława Koniecpolskiego z wojskiem kwarcianym z Ukrainy. Siły te znalazły się w Prusach wczesną jesienią.

5 listopada przybył do Gdańska król Polski Zygmunt III Waza, wraz ze swym synem Władysławem.

Dokonał inspekcji twierdzy Wisłoujście oraz przeglądu polskich okrętów wojennych, kotwiczących pod ochroną armat fortecy. Powołał również specjalną Królewską Komisję Okrętową, która miała być czymś w rodzaju dzisiejszej admiralicji.

Gdy tylko, z chwilą zbliżania się okresu sztormów jesienno-zimowych, Szwedzi przerwali morską blokadę, 26 listopada flota polska wyruszyła z Gdańska na pierwszy rejs patrolowy.

Jej bojowym zadaniem było zatrzymywanie szwedzkich statków handlowych oraz statków innych bander, wchodzących lub wychodzących z portów szwedzkich. Misja ta zakończyła się pełnym sukcesem.

Już pierwszego dnia zatrzymano i przyprowadzono triumfalnie do Gdańska pięć statków, pod żaglami których wieziono żywność i zaopatrzenie dla armii Gustawa Adolfa. W ich przepastnych ładowniach znaleziono beczki pełne solonych śledzi, sucharów, kaszy, soli, przypraw korzennych, urozmaicających monotonne marynarskie posiłki, zabezpieczone lawendą przed molami skrzynie z ciepłymi kożuchami, worki z butami i długimi, wełnianymi skarpetami.

Polskie okręty śmiało wyruszały na patrolowe rejsy wzdłuż południowych wybrzeży Bałtyku. Zapuszczały się na wschód, aż po Kurlandię i na zachód do portów Pomorza Zachodniego.

Statki handlowe różnych bander ponownie mogły swobodnie wchodzić do portu gdańskiego. Powoli nadrabiano więc niemałe straty poniesione w handlu wskutek szwedzkiej blokady.

Nadejście zimowej pory i zamarznięcie niektórych portów Bałtyku wstrzymało do wiosny działania bojowe zarówno szwedzkiej jak i polskiej floty.

Jednakże do działań przeciwko szwedzkim oddziałom w Prusach i na Pomorzu Gdańskim przystąpiły wojska lądowe. Dowodził nimi hetman polny koronny Stanisław Koniecpolski, słusznie nazywany „obrońcą ujścia Wisły”.

Zaledwie tylko puściły lody, wczesnym przedwiośniem 1927 roku, polskie okręty zaczęły pracowicie dowozić zaopatrzenie dla wojsk oblegających okupowany przez Szwedów Puck.

Puck miał dobre fortyfikacje, dodatkowo wzmocnione silną artylerią. Garnizon szwedzki posiadał duże zapasy broni, amunicji i żywności. Polakom, ostrzeliwującym i raz po raz szturmującym twierdzę, nie udawało się jej zdobyć.

Gdy się już ociepliło, załoga szwedzka zaczęła pokładać niezachwianą nadzieję w swej flocie. Była pewna, że jej przybycie doprowadzi niechybnie do zniesienia oblężenia.

Wielkie więc było rozczarowanie Szwedów, gdy na masztach zbliżających się do portu okrętów, w blasku wschodzącego wiosennego słońca, rozpoznali bandery polskiej marynarki wojennej: znaki orła białego, godła królewskie i ramię uzbrojone w miecz.

Sześć polskich okrętów wojennych, wykonując zwrot na burtę, tworzyło długą linię równoległą do brzegu i potężną salwą rozpoczynało ostrzeliwanie twierdzy.

Wkrótce Szwedzi przysłali parlamentariusza z białą flagą i propozycją poddania się. 2 kwietnia 1627 roku załoga szwedzka w Pucku skapitulowała. Ważny port Rzeczypospolitej został odzyskany.

Dwa tygodnie później, 17 kwietnia pod miasteczkiem Czarne, hetman polny koronny Stanisław Koniecpolski odniósł świetne zwycięstwo nad wojskami szwedzkimi. Rozbił oddziały ciągnące do Prus przez Pomorze Zachodnie. 12 lipca Polacy zdobyli Gniew, zaś 17 i 18 sierpnia pod Rokitkami stoczyli nierozstrzygniętą bitwę, w której został dwukrotnie ranny sam król Gustaw Adolf.

Po uwolnieniu Pucka flota polska wyruszyła w morze, w patrolowe rejsy i znowu odniosła wiele sukcesów.

Na początku maja zajęła i przyprowadziła do Gdańska, jako pryzy, kilka statków. Szły one wprawdzie pod neutralnymi banderami lecz w swych ładowniach wiozły zaopatrzenie dla wojsk szwedzkich. Komisarze królewscy w Gdańsku potwierdzili konfiskatę zakazanych ładunków, będących po prostu kontrabandą. Kapitanom i szyprom nic nie pomogło powoływanie się na ich rzekomą neutralność.

17 maja wyszła w morze z Wisłoujścia polska eskadra, którą tworzyły trzy okręty: „Król Dawid”, „Wodnik” i „Arka Noego” oraz niewielka szkuta. „Królem Dawidem” dowodził kapitan Jakub Murray. Kaszubscy marynarze dowcipnie nazywali go Mora czyli zmora. Był on ambitnym emigrantem ze Szkocji, bardzo zasłużonym dla budowy polskiej floty. Dowódcą „Wodnika” był Herman Witt, pełniący obowiązki naczelnego kapitana polskich okrętów na Morzu Bałtyckim. Kapitanem „Arki Noego” był dzielny oficer Magnus Wessman.

W pobliżu Helu eskadra natknęła się niespodziewanie na dwanaście szwedzkich okrętów wojennych zmierzających do Piławy. Rozpoczął się pojedynek artyleryjski. Wobec dużej przewagi nieprzyjaciela polskie okręty nie próbowały atakować go z bliższej odległości lecz zgrabnym manewrem opłynęły Półwysep Helski, obierając kurs na zachód. Niewielka szkuta powróciła pod bezpieczną osłonę armat twierdzy Wisłoujście.

Następnego dnia, w pobliżu Białej Góry, polska eskadra napotkała konwój dwa razy liczniejszy, złożony z dwudziesty czterech jednostek. Strzeżony był on przez trzy okręty wojenne, nieco większe od polskich i silniej uzbrojone. Poza tym na pokładach transportowców znajdowały się gotowe do boju liczne oddziały piechoty.

Polskie okręty podjęły pojedynek artyleryjski i starały się nie dopuścić do abordażu. Manewrowały w ten sposób, by żaden własny okręt nie był ostrzeliwany przez większą liczbę okrętów nieprzyjacielskich. Wymiana ognia była intensywna. Na „Królu Dawidzie” lekkie rany odniosło kilkunastu marynarzy. Na „Arce Noego” zniszczone zostało jedno działo. Nieprzyjacielskie okręty również nie wyszły ze spotkania bez szwanku.

Szwedzi zorientowali się, że sami nie poradzą z polską eskadrą. Zaczęli więc „miotać w górę ogień z przyprawami”, czyli wystrzeliwać rakiety świetlne, aby ściągnąć posiłki. Nie doczekawszy się pomocy, zwarli szeregi i zaczęli umykać na wschód, w ślad za idącym tymże kursem konwojem.

Okręty polskie oderwawszy się od nieprzyjaciela, po udanym rejsie, weszły do Kołobrzegu. Pięciodniowy pobyt w gościnnym porcie pozwolił na usunięcie szkód, podleczenie rannych i przygotowanie eskadry do niebezpiecznego powrotu.

Gdy bowiem wiadomość o wyjściu w morze polskiej eskadry dotarła do Piławy, Szwedzi wysłali do Zatoki Gdańskiej silny zespół szesnastu okrętów wojennych. Miał on przeszkodzić wyjściu w morze innym polskim okrętom i uniemożliwić powrót patrolującej eskadrze. W ten sposób rozpoczęto ponowną blokadę portu gdańskiego.

Płynęły dni. Nie było żadnej wiadomości. Załoga twierdzy Wisłoujście zaczęła już uważać ową dzielną eskadrę za zaginioną.

     Jakaż była radość królewskich komisarzy, oficerów, marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej, gdy po kilkunastu dniach pojawiła się ona w porcie gdańskim, w komplecie i w bojowym nastroju.

W promieniach ledwie wschodzącego słońca przodem szedł „Król Dawid”, za nim „Wodnik” a wreszcie „Arka Noego”, z dumnie podniesionymi banderami polskiej marynarki wojennej.

Na ten widok leciały w górę marynarskie czapki i kurtki. Rzucano się sobie w objęcia. Nie było końca radosnym wiwatom. W czasie bardziej uroczystego marynarskiego posiłku, na pokładach okrętów wzniesiono toasty za Ojczyznę, króla, polską marynarkę wojenną, dzielnych kapitanów i zwycięskie załogi.

Okazało się, że okręty polskie pomimo blokady, opłynąwszy łukiem niebezpieczną strefę, nocą, w kompletnych ciemnościach, niczym białe zjawy, śmiało przeszły niezauważone pomiędzy nieprzyjacielskimi jednostkami, ocierając się prawie o ich burty.

Zuchwały, pomyślnie zakończony rejs dzielnej eskadry przysporzył polskiej flocie znacznego rozgłosu. Mówili o nim z podziwem również szwedzcy marynarze. Hetman koronny Stanisław Koniecpolski napisał do króla Zygmunta III Wazy: „okręty mężnie się przez armadę nieprzyjacielską przebiły”.

W wielu zwycięskich akcjach polskiej marynarki wojennej chlubnie uczestniczył nadkapitan Arndt Dickman. Stawał się oficerem coraz bardziej wybitnym, doświadczonym, znanym i cenionym.

15 czerwca 1627 roku serdecznie gratulował swemu koledze, podpułkownikowi artylerii Wilhelmowi Appelmannowi nominacji na admirała i naczelnego dowódcę polskiej floty królewskiej. Nie spodziewał się wówczas, że już wkrótce zostanie jego następcą.

Królewska flota czuła się bezpiecznie pod ochroną groźnych armat twierdzy Wisłoujście. Blokujące port szwedzkie okręty, w dalszym ciągu przezornie, nie zbliżały się nigdy na odległość strzału artyleryjskiego. Toteż kontynuowano prace wyposażeniowe.

Okręty polskie prezentowały się coraz okazalej. Wyposażano je w dodatkową żywność i amunicję.

Wnoszono ostanie antałki z prochem zaszytym w lnianych woreczkach, skrzynie z pociskami: żelaznymi, kamiennymi, a nawet drewnianymi, które w środku były naładowane ręcznymi granatami.

Wtaczano beczki z peklowiną, kiszoną kapustą, sucharami, kaszą, rybami, smołą. Bottelierzy uzupełniali zapasy gdańskiego piwa i wody do picia.

Sprawdzano uzbrojenie żołnierzy oraz olinowanie i ożaglowanie okrętów. Usuwano drobne usterki. Marynarze i żołnierze piechoty morskiej, poprzez musztrę i szkolenia, podnosili stale swą gotowość bojową.

Komisarze królewscy pracowali nad strategią dalszych działań wojennych.

Inaczej działo się w szwedzkiej flotylli.

Nadchodziła jesień. Na Bałtyku pojawiały się coraz częstsze sztormy. W związku z tym Szwedzi zmniejszyli liczbę okrętów blokujących Zatokę Gdańską do sześciu. 1 września komendę nad nimi, w randze wiceadmirała, objął Nils Göransson Stiernsköld.

Wbrew pozorom, na pokładach szwedzkich okrętów wojennych panowała nie najlepsza atmosfera.

Wśród marynarzy szerzył się szkorbut i inne choroby. Kończyła się żywność. Brakowało wody do picia. Po skąpych, nędznych posiłkach i byle jakiej, zatęchłej wodzie marynarze dostawali boleści żołądka, które osłabiały ich zapał bojowy.

Załogi okrętów, liczące 700 ludzi, były zmęczone i zniechęcone. Pragnęły tylko jednego, aby jak najszybciej znaleźć się wreszcie w domu.

Wiedzieli o tym komisarze królewscy, gdyż ruchy szwedzkiej eskadry były bacznie śledzone.

23 listopada 1627 roku zapadła ostateczna decyzja rozpoczęcia przez polską flotę akcji bojowej.

Komisarze przybyli do twierdzy Wisłoujście, aby raz jeszcze osobiście dokonać przeglądu okrętów, uczestniczyć w musztrze i dopilnować zaokrętowania ściągniętych z Pucka oddziałów piechoty morskiej.

Na pokładach polskich okrętów znalazło się 1160 ludzi, w tym 390 marynarzy oraz 770 żołnierzy piechoty morskiej.

Niespodziewane i wielkie zadanie stanęło przed nadkapitanem Arndtem Dickmanem. Nagle zachorował naczelny dowódca polskiej floty admirał Wilhelm Appelmann.

25 listopada komisarze królewscy, uroczyście witani świstem trapowym, weszli na pokład admiralskiego galeonu „Święty Jerzy”.

Wręczyli dowódcom okrętu po jednym egzemplarzu dwudziestopunktowej instrukcji, z dokładnymi wskazówkami na każdą sytuację wynikającą z planowanej bitwy, tak pomyślną, jak i niepomyślną.

W pierwszym punkcie owej instrukcji komisarze królewscy podawali do wiadomości, wszem wobec i każdemu z osobna, że obywatelowi gdańskiemu, nadkapitanowi Arndtowi Dicmanowi powierza się stanowisko admiralskie i przekazuje dowództwo nad polskimi okrętami i ich załogami. Natomiast kapitana Jana Storcha mianuje się dowódcą piechoty morskiej, zaokrętowanej na wszystkich okrętach królewskich. Okrętem admiralskim będzie „Święty Jerzy”. Z jego pokładu obaj wyżej wymienieni, w przyjacielskiej zgodzie, mają dowodzić bojowymi działaniami polskiej floty oraz żołnierzy piechoty morskiej.

W drugim punkcie oświadczano, że okrętem wiceadmiralskim będzie „Wodnik”, zaś jego kapitana Hermana Witte podnosi się do godności wiceadmirała i powierza mu zwierzchność nad artylerią okrętową całej floty.

Komisarze królewscy pomyśleli o wszystkim. Powołali radę wojenną floty, złożoną z kapitanów i szyprów. Wręczyli również nowemu admirałowi dziesięć jednakowo brzmiących listów, przeznaczonych dla dowódców wszystkich okrętów. Adresowane były one do władz miejskich zaprzyjaźnionych miast portowych. Zawierały prośbę, by w razie potrzeby schronienia się w którymś z portów, czy to wskutek złej pogody, czy też rozbicia się lub rozproszenia, udzielono wszelkiej pomocy królewskim okrętom i ich załogom. Dowódcy okrętów otrzymali paszporty uprawniające do wejścia do każdego z tychże portów.

Gdy przygotowania zostały zakończone, 26 listopada komisarze wydali rozkaz wyjścia floty w morze.

Dziesięć polskich okrętów wojennych opuściło bezpieczne wody twierdzy Wisłoujście i ruszyło do boju.

Były to: okręt flagowy „Święty Jerzy” dowodzony przez admirała Arndta Dickmana, okręt wiceadmiralski „Wodnik” dowodzony przez wiceadmirała Hermana Wittego, okręt kontradmiralski „Król Dawid” pod dowództwem kapitana Jakuba Murrya oraz okręty: „Latający Jeleń” dowodzony przez kapitana Ellerta Appelmanna, „Panna Wodna” z kapitanem Adolfem von Argen, „Arka Noego” z kapitanem Magnusem Wessmanem, „Żółty Lew” dowodzony przez kapitana Hansa Kizero, „Czarny kruk” pod dowództwem kapitana Aleksandra Blayra, „Biały Lew” z kapitanem Piotrem Böse i „Płomień”, dowodzony przez nieznanego dziś z nazwiska kapitana.

Okręty opuszczały Wisłoujście w następującej kolejności: „Panna Wodna”, „Żółty Lew” i „Święty Jerzy”.

Niestety, wychodzącą flotę spotkała niemiła niespodzianka. Wyjściowy tor wodny okazał się za płytki. Posiadający zbyt duże zanurzenie okręt admiralski „Święty Jerzy” utknął na mieliźnie, tarasując wyjście pozostałym okrętom.

Na redę wyszły tylko dwa pierwsze. Natychmiast zostały zaatakowane przez patrolujące zatokę okręty szwedzkie. Nierówny pojedynek artyleryjski na szczęście nie był celny. Okręty polskie schroniły się z powrotem w kanale portowym, szwedzkie zaś pożeglowały pod Półwysep Helski.

Zaczęło się pracowite odciążanie dwóch jednostek o największym zanurzeniu: „Świętego Jerzego” i „Króla Dawida”. Trwało ono całą noc i cały następny dzień.

Wreszcie, nocą z 27 na 28 listopada, wszystkie polskie okręty znalazły się za falochronem. Zakotwiczyły na redzie, bardzo blisko wyjścia z portu. Na pokładach i w bocianich gniazdach wystawiono dodatkowe wachty.

Teraz pozostało już tylko czekać poranka.

Jeszcze przed świtem, 28 listopada 1627 roku, na pokładzie okrętu flagowego zebrała się rada wojenna. Uczestniczyli w niej kapitanowie królewskich okrętów oraz inne osoby, jak szyprowie i porucznicy. Admirał Dickman zapoznał zebranych z planem bitwy.

Polska flota podzielona została na dwie eskadry, skupione na kształt pszczelego roju, wokół okrętów admiralskiego i wiceadmiralskiego.

Wczesnym rankiem oficerowie i marynarze, wspólnie z piechotą morską, odmówili modlitwę poranną i odśpiewali stosowny psalm. Rozpoczynała się pierwsza niedziela Adwentu, w czasie której śpiewany był Psalm 25.

Marynarskie i żołnierskie basowe, mocne głosy wyśpiewały słowa:

         ”Do Ciebie, Panie, wznoszę moją duszę.

                   Tobie ufam, Boże, niech zawód mnie nie spotka.

           Niech moi wrogowie nie triumfują nade mną.

           Nikt bowiem, kto Ci zawierzył nie będzie zawstydzony”.

Następnie na masztach okrętów uroczyście podniesiono bandery, proporce i flagi.

Na grotmasztach zawisły bandery narodowe, przedstawiające białego orła na czerwonym polu. Na fokmasztach bandery z godłem królewskim: orłem polskim, na którego piersi widniał herb Wazów – snopek. Na bezanmasztach flagi narodowe biało-czerwone, mniejszych rozmiarów. Na drzewcach rufowych proporce bojowe marynarki wojennej z ramieniem uzbrojonym w srebrny miecz. Poniżej bander powiewały długie języki biało-czerwonych flag, wskazujących kierunek wiatru.

Dniało już, gdy na polskich okrętach kończono poranny posiłek. Około godziny szóstej dostrzeżono zbliżające się od strony Helu okręty szwedzkie.

Szły w dwóch oddzielnych grupach, w linii przerywanej. Posuwały się wolno. Z trudem radziły sobie z przeciwnym wiatrem. W pierwszej grupie szły dwa wielkie okręty „Tigern” i „Pelikanen”. Cztery inne pozostawały daleko za nimi.

Admirał Arndt Dickman strzałem armatnim zarządził podniesienie kotwic i postawienie żagli.

Zaświstały bosmańskie gwizdki. Zawarczały bębny. Zatrąbili trębacze. Dookoła zaczerniało od ludzi. Wychodzili z dolnych deków. Stawali przy burtach. Sprawnie uwijali się po pokładzie. W powietrzu krzyżowały się donośne rozkazy.

       – Stawiać żagle!

       – Otworzyć boczne klapy!

       – Puszkarze do dział!

       – Rychtować działa dziobowe!

       – Gotuj broń!

Chwytano mocno w dłonie: topory, tasaki, berdysze, szable, bosaki, muszkiety, garłacze, hakownice, smolne wieńce.

Marynarze niczym koty wspinali się na wanty, marsy i reje. Trzymali w rękach muszkiety, granaty, niektórzy zdobyczne pistolety, inni smolne wieńce.

Żołnierze piechoty morskiej ustawili się wzdłuż burt z bosakami, toporami, tasakami, pikami i szerokimi żeglarskimi mieczami.

Kotwice poszły w górę, żagle na maszty.

Struchlały serca tych, którzy pierwszy raz uczestniczyć mieli w bitwie morskiej. Pobledli z lęku, że nadchodzi ich ostatnia godzina. Również na obliczach starych wilków morskich widać było powagę i skupienie.

Jako pierwszy wysunął się „Król Dawid”, który dopiero co wrócił z rozpoznania i miał sklarowany takielunek. Za nim nabierał prędkości okręt flagowy „Święty Jerzy”.

Admirał Dickman zwrócił się do otaczających go oficerów, kapitana Storcha oraz kapitana i szypra swego okrętu:

       – Jak myślicie, panowie, który galeon należy nam atakować?

       – Nasz okręt jest admiralski, więc z admiralskim przystoi nam          walczyć!

       – A który z nich jest, waszym zdaniem, admiralski? Czy ten? –         wskazał na bliższego „Tigerna”.

       – Tak!

       – Na pewno ten!

       – Proszę spojrzeć, panie admirale!

Na dunecie „Tigerna” można było już dostrzec wysoką postać w mundurze szwedzkiego admirała, otoczoną oficerami. Widać było, że w lewej ręce trzyma lunetę, a prawą wymachuje nad głową oficerskim rapierem i coś woła do marynarzy.

     – Pewnie wzywa do rozpoczęcia bitwy – powiedział Dickman – a   więc, panowie oficerowie, i my zaczynajmy! Sterujcie, w imię Boże, przeciwko temu okrętowi! Musimy dostać się na jego pokład!

     Tymczasem na pokładzie „Tigerna” admirał Nils Göransson Stiernsköld rzeczywiście uważnie obserwował przez lunetę polskie okręty. Nawet przez chwilę nie przyszło mu na myśl, że zechcą one podjąć walkę. Rejs ten miał być tylko rutynową demonstracją potęgi szwedzkiego oręża i niczym więcej.

Zdziwił się więc niezmiernie widząc, że przeciwnik nie tylko nie wycofuje się pod ochronę armat twierdzy Wisłoujście, ale mknie wprost na jego okręt. Był tym kompletnie zaskoczony.

– Co się tam dzieje przed nami na morzu?

– Co oni czynią? Co wyprawiają?

– Chcą nas zaatakować czy co!?

– Tak! Atakują nas!

– Atakują!

Po krótkiej chwili wahania wydał rozkaz:

       – Zwrot! Prawa na burt i cała naprzód! Natychmiast uchodzić na           pełne morze!

Nie było jednak łatwo pod wiatr manewrować tak dużym okrętem. A do tego kapitan polskiego, zwinnego galeonu „Latający Jeleń” doszedł do słusznego wniosku, że najlepszym sposobem zatrzymania „Tigerna” będzie przecięcie mu kursu. Nie powiódł się więc manewr ucieczki.

Odległość między obu admiralskimi okrętami szybko się zmniejszała. Mknąc po falach, niczym chyża jaskółka, „Święty Jerzy” odpalił salwę z czterech dział dziobowych. „Tigern” nie pozostał mu dłużny i odpowiedział również armatnią salwą.

Na dziobie „Świętego Jerzego” stanął trębacz. Zatrąbił sygnał wzywający przeciwnika do natychmiastowego poddania się.

Tymczasem „Tigern” podjął następną próbę ucieczki, wykonując kolejny ostry zwrot. „Święty Jerzy” oddał więc potężną salwę ze wszystkich armat prawej burty.

Ponad falami przetaczały się jakby dudniące grzmoty i błyskawice. Prochowe dymy przysłoniły oba okręty, które zionąc ogniem, nieuchronnie zdążały  ku swemu przeznaczeniu.

Wkrótce oba admiralskie okręty z hukiem zderzyły się burtami. Zajęczały wręgi. Maszty zakołysały się, niby miotane huraganem drzewa. Już ostre bosaki przytrzymywały relingi. Obie jednostki sczepiono hakami. Przerzucono liczne trapy.

Z marsów i rei leciały granaty i płonące smolne wieńce. Z działek relingowych pociski. Ze wszystkich stron śmigały kule z muszkietów garłaczy, hakownic, pistoletów. Rozgorzała niesamowita palba. Była ona skuteczna. Padli pierwsi zabici i ranni.

Już na początku jedna z kul ugodziła w szyję admirała Nilsa Stiernskölda. W krótkich słowach zachęcił on swych marynarzy i żołnierzy do odważnej walki i zamierzał udać się do swej kajuty, by cyrulik mógł założyć opatrunek. Zanim tam doszedł został ponownie trafiony, a po chwili pocisk z działka relingowego urwał mu lewą rękę.

W tej sytuacji rozkazał trąbić sygnał obwieszczający poddanie się okrętu. Trębacz nie zdążył jednak wykonać rozkazu, gdyż padł rażony kulą. Walka toczyła się dalej.

Strzelanina była tak intensywna, że Szwedzi zmuszeni byli co rusz kryć się pod pokładem i w nadbudówkach. Wówczas rozlegało się gromkie:

       – Huraaaaaa!

Do ciosów wznosiło się wszelkiego rodzaju uzbrojenie i z tupotem nóg na pokład „Tigerna” starała się wedrzeć polska załoga. Wtedy ze swych kryjówek wyskakiwali Szwedzi i rozpoczynała się zacięta walka wręcz, przechodząca na nowo w powszechną, gwałtowną strzelaninę. Powtarzało się to wiele razy.

„Świętego Jerzego” wspomagała skutecznie swym ogniem „Panna Wodna”.

W końcu szala zwycięstwa zaczęła wyraźnie przechylać się na stronę polską.

Bojowa zawziętość i honor żołnierski wśród marynarskiej braci były tak wysokie, że kapitan „Tigerna” Simon Stouard, sam poważnie ranny, rozkazał dowodzącemu artylerią konstablowi wysadzić w powietrze okręt wraz z całą załogą. Jednakże szyper admiralskiego okrętu, ceniąc widać bardziej swe życie, zabronił wykonania tego rozkazu.

Co odważniejsi polscy marynarze i żołnierze piechoty morskiej zwinnie wskakiwali na wanty „Tigerna”. Jeden z nich zerwał z masztu nieprzyjacielską banderę. Inny wyrwał z rąk chorążego sztandar. Starszy bosman wskoczył nawet na wystającą kotwicę i tą drogą dostał się na nieprzyjacielski pokład. Za nimi ze wszystkich stron rzucili się inni. Polskiemu kwatermistrzowi udało się wedrzeć do komory prochowej. Natychmiast mocno się w niej zabarykadował, by uniemożliwić ponowną próbę wysadzenia okrętu.

Przewaga Polaków była już bezdyskusyjna. Admirał Dickman wnet nakazał wstrzymać ogień.

Nagle na głowy, zarówno zwycięzców, jak i pokonanych, niespodziewanie lunęła nowa lawina ognia. To „Latający Jeleń”, chcąc pomóc „Świętemu Jerzemu”, podszedł z drugiej strony do „Tigerna” i otworzył silny ogień, nie wiedząc, że na jego pokładzie są już Polacy. Do tego w bitewnym chaosie zderzył się z „Panną Wodną” i zaplątał się swym bukszprytem w jej olinowanie.

W tym zamieszaniu polski porucznik Henrich Oloffsen wpadł do kajuty admiralskiej „Tigerna”. Admirał Nils Göransson Stiernsköld, widząc polskiego oficera, wyciągnął ku niemu prawicę i słabnącym głosem oświadczył, że poddaje się wraz z okrętem.

Radość ze zwycięstwa mąciła jedynie wiadomość o śmierci dowódcy piechoty morskiej kapitana Jana Storcha.

W tym samym czasie druga polska eskadra, dowodzona z wiceadmiralskiego „Wodnika”, prowadziła równie zacięte zmagania z dużym okrętem „Solen”, który uważała za wiceadmiralski. W rzeczywistości okrętem wiceadmiralskim był „Pelikanen”.

Po silnym pojedynku artyleryjskim, bitna załoga „Solena” zadała „Wodnikowi” spore straty przy pomocy pocisków zapalających i granatów. W końcu jednak doszło do abordażu. Walka wręcz była niezwykle zacięta. Padł dowódca „Solena” kapitan Aleksander Foratt, po nim wkrótce jego zastępca porucznik.

Obrzucano się granatami. Nieustannie strzelano z działek relingowych i wszelkiej broni palnej. Rzucano płonące wieńce smolne. W różnych miejscach toczyła się zacięta walka wręcz. Bosmanowi „Wodnika” udało się zerwać szwedzką banderę z grotmasztu. Polscy marynarze niszczyli takielunek „Solena”, aby uniemożliwić jego ucieczkę. Klęska Szwedów była już przesądzona.

W pewnym momencie, w wirze z wolna zamierającej walki, zauważono szypra „Solena”, który z obłędnym błyskiem w oczach, pędził przez pokład z zapalonym smolnym wieńcem w ręku. Przed nim nie było już nikogo, kto mógłby go zatrzymać.

Na ten widok wszyscy, Polacy i Szwedzi, rzucili się do ucieczki. Jedni starali się błyskawicznie przeskoczyć na pokład „Wodnika”. Inni w panice skakali wprost w morskie odmęty.

Zanim szyper zakończył swój samobójczy bieg w prochowej komorze, „Wodnik” zdążył odbić nieco od burty „Solena”.

Nagle dumnym szwedzkim okrętem wojennym wstrząsnęła olbrzymia eksplozja. Rozległ się potężny huk. Ponad falami wzniósł się ogromny słup ognia i dymu.

Po kilku minutach, gdy dym się nieco rozwiał, na falach kołysało się zaledwie trochę drobnego żeglarskiego osprzętu i parę desek.

„Wodnikowi” i wspomagającemu go „Białemu Lwowi”, pozostało już tylko podjąć pływających w morzu kilkunastu Polaków i Szwedów.

Z załogi „Solena”, liczącej 150 marynarzy i ponad 50 żołnierzy piechoty morskiej, uratowało się zaledwie 46 rozbitków. Zginęło na nim również 22 polskich żołnierzy i chłopak okrętowy.

Nazwa okrętu „Solen” po polsku znaczy „Słońce”. Dawni gdańszczanie mówili, że w dniu owym: „Słońce nad Gdańskiem po raz pierwszy zaszło w południe, dlatego imię „Solena” nigdy nie będzie zapomniane”.

Prowadzona na redzie gdańskiej „bitwa pod Oliwą” dobiegała już końca, ale nie była jeszcze skończona.

Oto na pomoc zdobytemu już admiralskiemu „Tigernowi” pośpieszyły dwa szwedzkie okręty.

Wiceadmiralski „Pelikanen”, nie powstrzymany w swym pędzie silnym ogniem dział „Króla Dawida”, zaczął zbliżać się do odsłoniętej burty „Świętego Jerzego”. Nad opustoszałym polskim okrętem admiralskim zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo. Mógł zostać zajęty przez szwedzką załogę albo po prostu wysadzony w powietrze lub podpalony.

Na szczęście niebezpieczeństwo zauważył, wybiegający z admiralskiej kajuty „Tigerna”, dzielny porucznik polskiej piechoty morskiej Henrich Oloffsen. Wydał więc żołnierzom rozkaz, aby natychmiast wracali na swój okręt. Sam zaś błyskawicznie dostał na się na pokład artyleryjski i zanim nadbiegli puszkarze – artylerzyści, zaczął osobiście rychtować działa. Nic dziwnego, że po zwycięskiej bitwie mianowany został kapitanem zdobycznego „Tigerna”. Na miejsce dowodzenia przybył również admirał Arndt Dickman.

Gdy „Pelikanen” podszedł dostatecznie blisko, „Święty Jerzy” powitał go potężną armatnią salwą burtową. Była ona celna i skuteczna. Na szwedzkim okręcie rozległ się trzask druzgotanego drewna i krzyki rannych marynarzy. Gdy opadły prochowe dymy nad okrętem powiewała już biała flaga.

Admirał Dickman, marynarze i żołnierze wrócili zatem na pokład „Tigerna”, aby dokończyć dzieła, pogasić drobne pożary, wziąć jeńców, zabezpieczyć okręt.

Tymczasem „Pelikanen” bezczelnie oszukał zwycięzców. Gdy tylko złapał sprzyjający wiatr, przez nikogo nie zatrzymywany, zaczął uciekać na ocalałych żaglach w kierunku pełnego morza. Przyłączył się wkrótce do trzech pozostałych szwedzkich okrętów noszących nazwy: „Papegojan”, „Enhörningen” i „Månen”.

Cała uchodząca czwórka obrała kurs na Piławę. Po pewnym czasie zmieniła jednak zdanie i pożeglowała prosto do Szwecji.

Niezbadane są wyroki Opatrzności!

Gdy dowódca polskiej floty królewskiej admirał Arndt Dickman ponownie znalazł się na rufie zdobytego „Tigerna” trafiła go jakaś zabłąkana, ostatnia w tej bitwie kula armatnia. Wystrzelona została prawdopodobnie z uciekającego wiceadmiralskiego „Pelikanena”, a może nawet przypadkowo z polskiego „Latającego Jelenia”. Nie udało się tego nigdy ustalić.

Uderzenie pocisku, w obie nogi, okazało się śmiertelne. Komisarze królewscy odnotowali w swym „Diariuszu”, że bohaterski admirał Arndt Dickman w krótkim czasie zszedł z tego świata: „chwaląc Boga i dziękując” za odniesione zwycięstwo.

Za uciekającymi Szwedami puściło się w pogoń sześć polskich okrętów. Oddały w ich kierunku kilka strzałów armatnich. Szybko oddalający się wróg nie odpowiedział. Zgodnie z instrukcją królewskich komisarzy po kilku milach pościg zakończono.

Polskie okręty zawróciły ku portowej redzie.

Bitwa morska była zakończona.

Zwycięstwo pełne!

Ogromna radość zapanowała na królewskich okrętach, w portowym Gdańsku i w umocnionym Pucku, w twierdzy Wisłoujście i w obozie hetmana polnego koronnego Stanisława Koniecpolskiego.

Komisarze królewscy przesłali dla wszystkich załóg gorące pozdrowienia i gratulacje z okazji odniesionego zwycięstwa.

Oficerom floty rozkazano dokonać przeglądu okrętów oraz przewieźć do twierdzy Wisłoujście wszystkich rannych i chorych.

Poległych 25 polskich marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej, których zwłoki odnaleziono, pochowano na miejscowym cmentarzu, Szwedów zaś na drugim brzegu Wisły. Inni na zawsze legli z honorem na dnie Bałtyku.

Zwłoki admirałów Arndta Dickmana i Nilsa Göranssona Stiernskölda oraz kapitana Jana Storcha złożono w miejscowej kaplicy garnizonowej.

Do twierdzy przywieziono również jeńców szwedzkich, których było 68, wśród nich: dwóch kapitanów, szyper, kapelan, cyrulik i kilku oficerów.

Dwiema wiosłowymi łodziami przyholowano z redy zdobycznego „Tigerna”.

2 grudnia odbył się uroczysty pogrzeb dowódcy floty polskiej admirała Arndta Dickmana i dowódcy piechoty morskiej kapitana Jana Storcha, wyprawiony na koszt dworu królewskiego.

Trumny ze zwłokami przywieziono drogą wodną do Gdańska i przy Żurawiu zniesiono na ląd. Przy nieustannym biciu kościelnych dzwonów przeniesiono je do kościoła Mariackiego.

Kondukt żałobny otwierała honorowa kompania piechoty morskiej. Za nią szła drużyna niosąca zdobyte bandery, chorągwie i proporce szwedzkie. Następnie parami maszerowała kolumna szwedzkich jeńców.

Na okrytych purpurą trumnach leżały rapiery, oficerskie kapelusze z dużymi pióropuszami i inne oznaki pełnionych funkcji.

Za trumnami podążali królewscy komisarze, rajcy miejscy, załogi wojennych okrętów, uczniowie gdańskich szkół i tłum gdańszczan. Płomienną mowę w świątyni wygłosił znany kaznodzieja Jan Jakub Kramer. Zapewnił, że dusze poległych są już na wiecznej wachcie w królestwie niebieskim.

Admirał Arndt Dickman spoczął w prezbiterium kościoła Mariackiego, po prawej stronie głównego ołtarza.

Zwłoki kapitana Storcha i admirała Stiernskölda złożono chwilowo w pobliskiej kaplicy.

Ostateczny, uroczysty pogrzeb kapitana piechoty morskiej Jana Storcha odbył się w dniu 3 stycznia 1628 roku, w kościele noszącym imię jego patrona – św. Jana w Gdańsku.

Zwłoki admirała Nilsa Stiernskölda, 25 lutego 1628 roku, zostały przewiezione barką do Sobieszowa, gdzie przekazano je szwedzkiemu pułkownikowi. Szwedzi przyjęli je z wielkimi honorami. Polskim marynarzom, którzy je przywieźli wypłacili nawet w nagrodę 100 florenów. Admirał spoczął w kościele parafialnym, w swej rodzinnej miejscowości Gillberga w Södermanlandzie.

W czasie pertraktacji, dotyczących wydania zwłok i wymiany jeńców, szwedzki feldmarszałek Herman Wrangel wyraził w swym piśmie pragnienie, by „wojna ta i przelew krwi znalazły wreszcie swój kres i aby obydwa narody mogły żyć w przyjaźni”. Polscy komisarze królewscy odpowiedzieli uprzejmie: „Wyrażamy również swoje osobiste pragnienie, aby ustał rozlew krwi chrześcijańskiej, a tak blisko spokrewnieni Władcy mogli żyć w pokoju i przyjaźni”.

Bitwa pod Oliwą była ważnym sukcesem polskiego oręża na morzu. Jej uczestnicy, na czele z dowódcą floty admirałem Arndtem Dickmanem, zapisali się na wieki złotymi zgłoskami w historii Polski.

O jej przebiegu napisano obszerne sprawozdania, opublikowane drukiem. Przebija w nich duma i radość z odniesionego zwycięstwa. Przedstawiono ją na wielu obrazach i sztychach. Napisano o niej niemało książek. W muzeach zgromadzono sporo dotyczących jej pamiątek.

Mimo upływu prawie 380 lat, do dnia dzisiejszego budzi ona zainteresowanie licznych historyków, poetów, pisarzy, śpiewających szanty piosenkarzy, żeglarzy i miłośników dziejów ojczystego kraju. Na oliwskim wzgórzu Pachołek w 1975 roku wzniesiono pomnik upamiętniający „wielkie zwycięstwo nad flotą wojenną Szwecji w bitwie pod Oliwą”. Jedna z ulic w Oliwie nosi dziś imię admirała Arndta Dickmana. Jest on również patronem oliwskiej drużyny harcerskiej.

Latem 2006 roku w bazylice Mariackiej podjęto prace wykopaliskowe, zmierzające do dokładnego określenia miejsca wiecznego spoczynku admirała Dickmana.

Oficerowie i marynarze polskiej floty wojennej oraz piechoty morskiej byli przedstawicielami różnych narodowości.

W owym czasie różnojęzyczny skład załóg okrętowych był czymś zwyczajnym we wszystkich flotach. O przyjęciu do marynarki wojennej, zwłaszcza na stanowiska oficerskie i podoficerskie, nie decydowały miejsce urodzenia, narodowość czy język lecz umiejętności żeglarskie.

Zresztą dość powszechne były wówczas: migracja ludności, częste dalekie podróże i znajomość języków obcych.

Sam król Polski Zygmunt III Waza na co dzień używał języków: polskiego, szwedzkiego, niemieckiego, włoskiego i łacińskiego. Komisarze królewscy, stanowiący rodzaj dzisiejszej admiralicji, w swych „Aktach” i „Diariuszu” posługiwali się językami: niemieckim, łacińskim i szwedzkim.

Oficerowie rekrutowali się zwykle z kupców i mieszczan, marynarze i żołnierze piechoty morskiej najczęściej spośród kaszubskich rybaków, flisaków, biedoty miejskiej, rolników i wyrobników. Czasami do marynarki wojennej przechodzili doświadczeni żeglarze i oficerowie floty handlowej.

Niełatwa służba na wojennych okrętach wyrabiała w nich hart ducha, odwagę i ofiarność oraz poczucie, że walcząc za sprawę królewską, bronią zarazem swego bytu państwowego, swego miasta, swoich rodzin i swoich domów.

Oficerowie i marynarze królewskiej floty polskiej, pochodzący z różnych krajów, z czasem się polonizowali, posługiwali się dobrze językiem polskim i gdyby istniały wówczas podobne do dzisiejszych urzędy nadające obywatelstwo, bez trudu otrzymaliby polskie obywatelstwo.

Byli oni Polakami ze świadomego wyboru. Byli polskimi patriotami. Tu, w należącym do polskiej korony Gdańsku, znaleźli swą drugą Ojczyznę, której wiernie, z honorem służyli i za którą w potrzebie nie wahali się oddać swego życia.

Są również dziś dla nas przykładem.


Legenda z tomu „Z legendą przez wieki”,

autor: Stan Bogdan,

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o. (Gdańsk – Pelplin) 2012

26 marca 1945 roku komunikat naczelnego dowództwa wojsk niemieckich obwieścił ogarniętemu wojenną pożogą światu:

„Dziś w nocy, wskutek działań wroga, spłonęło gdańskie Stare Miasto”.

Zamknęło się koło historii. Butni budowniczowie brunatnego reżimu ponieśli całkowitą klęskę.

Gdańsk, oderwany od Rzeczypospolitej w wyniku II rozbioru Polski, choć zrujnowany powrócił do macierzy.

Dzieła zniszczenia miasta, już po zakończeniu działań wojennych, dopełnili żołnierze Armii Czerwonej podpalając i dewastując po pijanemu wiele zabytkowych obiektów.

Tragedia II wojny światowej bardzo mocno dotknęła również świątynię Mariacką.

W marcu 1945 roku, jeszcze przed wkroczeniem Armii Czerwonej, w wyniku bombardowań i ostrzału artyleryjskiego została ona w znacznym stopniu zniszczona.

Wspominał polski harcerz z Wolnego Miasta Gdańska, późniejszy gdański kapłan, Alek Zieliński:

„Gdy rozpoczął się intensywny ostrzał artyleryjski oraz bombardowanie miasta, poprzedzające bezpośrednio ofensywę wojsk sowieckich, postanowiłem schronić się w bunkrze przeciwlotniczym na Stogach, gdzie już znajdowała się część mojej rodziny.

Niełatwo było się tam dostać. Gdańsk płonął. Kierowałem się ku Zielonej Bramie. Z trudem udało mi się przebiec wąskimi uliczkami nad Motławę. Płonął tu kościół Mariacki.

Z potężnych okien z głośnym sykiem buchały płomienie. Paliły się dachy. Niczym jakaś gigantyczna pochodnia płonęła wieża. Wiatr roznosił iskry i różne palące się żagwie. Ku niebu wznosiły się tumany ceglanego kurzu i potężna chmura dymu. Gorące powietrze uniemożliwiało oddech. Głowę chroniłem narzuconą kurtką”.

Spaliły się wszystkie dachy kościoła i wraz z ich drewnianą konstrukcją. W około czterdziestu procentach uszkodzone zostały sklepienia, z nich czternaście dużych przęseł sklepiennych zostało całkowicie zniszczonych.

W wielu miejscach mocno uszkodzone zostały mury, zwłaszcza ich szczyty. Całkowitej zagładzie uległy wszystkie okna i bramy, za wyjątkiem jednej – Mariackiej.

Zrujnowana została prawie cała posadzka z zabytkowymi płytami nagrobnymi.

Z masywnej wieży pozostały tylko uszkodzone ściany. Pożar w niej był tak intensywny, że topiły się cegły, zwłaszcza w górnych partiach wieży, która stała się gigantycznym kominem.

Wypaliło się całe wnętrze świątyni. Czerniły się w nim tylko, pootwierane przez sowieckich żołnierzy, czeluście grobowców. Zmurszałe kości i czaszki dawnych gdańszczan rozsypane były po zawalonej gruzem posadzce. Wszędzie unosił się ostry swąd spalenizny.

Na szczęście, osiemdziesiąt procent zabytkowego wyposażenia wnętrza kościoła udało się uratować.

Przyczynili się do tego konserwatorzy byłego Wolnego Miasta Gdańska, zwłaszcza Erich Volmar, Willi Drost i dokumentalista Jakub Deurer. Oni to pod koniec 1944 roku podjęli decyzję, aby wnętrza najważniejszych gdańskich kościołów i kilku innych zabytkowych budowli zdemontować i wywieźć z zagrożonego miasta.

Była to decyzja niebezpieczna i odważna, gdyż jej autorzy łatwo mogli być oskarżeni o defetyzm wojenny lub brak wiary w „ostateczne zwycięstwo” i postawieni przed hitlerowskim trybunałem ludowym, co kończyło się zwykle karą śmierci.

Po odpowiednim zabezpieczeniu i sporządzeniu pobieżnej dokumentacji ruchome obiekty zabytkowe zostały z miasta wywiezione i rozmieszczone w wiejskich kościołach, plebaniach, dworach, zabudowaniach gospodarczych i innych prowizorycznych magazynach, rozproszonych przeważnie na terytorium byłego Wolnego Miasta Gdańska.

     Niestety, po wojnie wielowiekowy dorobek licznych pokoleń dawnych gdańszczan został zagarnięty przez władze nowego totalitarnego reżimu komunistycznego i mimo zmian ustroju politycznego, nadal częściowo przetrzymywany jest w Muzeach Narodowych Warszawy i Gdańska.

       Tak więc, choć w wolnej już i demokratycznej Polsce zmieniają się kolejne ekipy rządzące, na monumentalnej Bazylice Mariackiej, największej zabytkowej świątyni w kraju, nadal ciążą tragiczne skutki II wojny światowej i komunistycznego bezprawia.

     Do tej pory ponad sto pięćdziesiąt zespołów zabytkowych obiektów sakralnych, stanowiących odwieczną własność kościoła Mariackiego, udało się odzyskać. O zwrot pozostałych toczą się, jak dotąd bezskuteczne starania.

Zaboru tego dokonano w oparciu o twierdzenie ówczesnych władz, że bezcenne ołtarze, obrazy i rzeźby kościoła Mariackiego, wykonane w czasach, gdy Gdańsk był perłą w koronie Rzeczypospolitej, są majątkiem poniemieckim i porzuconym.

Gdyby nawet uznać za słuszne kuriozalne twierdzenie, że wielowiekowy dorobek gdańskiej kultury jest „majątkiem poniemieckim”, to i tak działania te były bezprawne, gdyż w momencie wydania owej ustawy wywłaszczeniowej nie był to już „majątek opuszczony”.

Zanim jeszcze 8 marca 1946 roku wydany został ów słynny dekret Rady Ministrów z mocą ustawy, zatwierdzony przez Prezydium Krajowej Rady Narodowej, „O majątkach opuszczonych i poniemieckich” – obowiązujący z dniem ogłoszenia – kościół Mariacki miał już na powrót swego prawowitego właściciela. A żadne prawo nie działa przecież wstecz.

Już bowiem ponad miesiąc wcześniej, 29 stycznia 1946 roku, Rada Miasta Gdańska uroczystym aktem przekazała świątynię Mariacką na powrót Kościołowi Katolickiemu, słusznie określając ją jako „najstarszy dokument polskości… który wrócić musi do dawnych swych historycznie i prawnie upoważnionych właścicieli”.

Radni gdańscy na wieczną rzeczy pamiątkę jednogłośnie uchwalili co następuje:

 

Stara świątynia Najświętszej Maryi Panny w Gdańsku, najstarszy dokument polskości i potęgi Polski, która służyła katolikom gdańskim, jako dom Boży, odebrana gwałtem przez reformację luterską – dzisiaj, z chwilą powrotu Gdańska do Polski, wrócić musi do dawnych swych historycznie i prawnie upoważnionych właścicieli, musi stać się znowu świątynią katolicką.

Miejska Rada Narodowa Miasta Gdańska czuje się upoważniona względami historycznymi i narodowymi do przekazania Kościołowi Katolickiemu w Polsce świątyni mariackiej, zwanej przez lud polski Katedrą Morską, na wieczystą własność, aby podkreślić tym historycznym aktem zwycięstwo sprawiedliwości dziejowej.

Od dzisiaj kościół Najświętszej Maryi Panny będzie służył katolickiemu życiu w Polsce jako metropolia polskiego Wybrzeża.

 

  1. Mossakowski.

Przewodniczący MRN

  

     Jeszcze wcześniej, gdyż już w 1945 roku, podjęto pierwsze kroki w kierunku zabezpieczenia kościoła Mariackiego.

Choć istniała również inna koncepcja zużytkowania zabytkowych ruin.

– Należy je rozebrać!

– W ten sposób w samym centrum miasta zyskamy duży plac potrzebny do manifestacji i zabaw ludowych.

– Lud musi mieć miejsce, gdzie będzie mógł wyrażać swój internacjonalistyczny entuzjazm, nierozerwalną przyjaźń z narodami Związku Radzieckiego oraz gorącą miłość do wielkiego wodza światowej rewolucji generalissimusa Józefa Stalina!

– Pośrodku placu wzniesiemy monumentalny pomnik z brązu na kamiennym postumencie. Będzie on wyrazem hołdu należnego wiecznie żywemu Włodzimierzowi Leninowi. Nad Gdańskiem wysoko zawiśnie czerwony sztandar.

– A przy okazji stworzymy tu prawdziwą kopalnię tak potrzebnych dziś naszej ojczyźnie cegieł. Murować z nich będziemy nowe domy dla przodowników pracy i budowniczych socjalizmu – mówili poniektórzy towarzysze z Komitetu Wojewódzkiego PPR.

– A może lepiej od razu areszty i więzienia – mruknął ktoś odważniejszy.

– Nie! To absurdalny pomysł! Przywrócimy Gdańskowi dawną historyczną świetność! – mówili dawni gdańszczanie.

– Odbudujemy gdańskie zabytki i tą wspaniałą świątynię, odwieczną chlubę i koronę miasta! – wtórowali im nowi przybysze napływający z różnych stron do zniszczonego Gdańska.

– Tak! To przecież oczywiste. Historyczne zabytki przyciągają turystów i z nich żyją współczesne miasta! – dowodzili ostrożniejsi.

Przystąpiono więc do odgruzowania kościoła. Do prac tych spontanicznie włączyło się wielu gdańszczan. Pomagały nawet młodzież i dzieci ze szkół podstawowych, pod kierunkiem swych nauczycieli .

Najpilniejszym zadaniem było ratowanie mocno nadwątlonych i uszkodzonych sklepień świątyni. Rozpoczęto więc od likwidacji licznych wyrw po bombach i pociskach.

W 1946 roku od góry pokryto sklepienia wzmacniającą powłoką cementową. Zniszczone fragmenty sklepień wiernie odtwarzali mistrzowie murarscy z ruchomych, chybotliwych platform, zawieszonych na stalowych linach na wysokości prawie trzydziestu metrów.

W sierpniu 1947 roku rozpoczęto gigantyczną i pełną niespodzianek operację montowania żelbetowej więźby dachowej, według projektu inżyniera Tadeusz Jarosza.

Rozmieszczano ją na powierzchni ponad ośmiu tysięcy metrów kwadratowych. Była o piętnaście procent lżejsza od poprzedniej drewnianej. Konstrukcja dachowa złożona została ze 127 więzarów, 18 tysięcy dyli żelbetowych i jak wynika z zachowanych zamówień, 150 tysięcy dachówek, położonych na powierzchni około hektara.

Bił jakiś groźny urok z tego lasu żelaza krzyżującego się nad nawami i oślepiających świateł palników spawaczy.

Szczęśliwym trafem pożogę wojenną przetrwały wszystkie filary świątyni.

Jednakże pewnego listopadowego dnia 1949 roku kierownik budowy zauważył niepokojące pęknięcie w sklepieniu nad północnym filarem w prezbiterium. Zgodnie z procedurą założono więc kontrolne plomby, które po trzech dniach zaczęły trzaskać.

Jednocześnie na podtrzymującym sklepienie filarze na wysokości dwunastu metrów pojawiła się groźna rysa.

Sytuacja stawała się dramatyczna. Zawalenie się filara pociągnęłoby za sobą około 120 metrów kwadratowych zabytkowych sklepień.

Komisja ekspertów stwierdziła zmiażdżenie zmurszałej i wypalonej cegły oraz wykrzywienie, powstałe czy to jeszcze w czasie budowy, czy też wskutek działań wojennych, całego filara. Podkreślono konieczność natychmiastowych działań ratowniczych.

Należało przede wszystkim powstrzymać postępujący proces dalszego miażdżenia cegieł. Trzeba było bez zwłoki podjąć działania.

Kierownictwo budowy zwołało odprawę załogi. Poinformowano wyraźnie pracowników o nowym zadaniu, koniecznym i ważnym, ale bardzo trudnym, grożącym najwyższym niebezpieczeństwem.

– Do akcji ratunkowej przystąpić mogą tylko ochotnicy! – całkiem jasno postawił sprawę kierownik robót.

Nie było ani jednego, który by się zawahał. Nikomu nie przyszło do głowy opuścić świątynię, dla której tyle już się zrobiło.

Ktoś z obecnych, interesujący się widać historią Gdańska, powiedział:

– Spokojnie, koledzy! Nie będzie tak źle, damy radę. Nad kościołem Mariackim czuwa jego Patronka – Najświętsza Maryja Panna. Podanie głosi, że w czasie trwającej 159 lat budowy nie zdarzył się tu żaden poważniejszy wypadek.

     – No to i my zapiszemy się w legendzie. Może i o nas będą mówić przyszłe pokolenia! – dorzucił niby żartem któryś ze zbrojarzy.

Profesor Stanisław Obmiński z katedry Statyki i Konstrukcji Budowlanych Politechniki Gdańskiej alarmującym telefonem wyciągnął w nocy z łóżka inżyniera Bronisława Bukowskiego, wybitnego eksperta od żelbetu.

Kilkudziesięciu cieśli, zbrojarzy, murarzy i pomocników, na czele z inżynierem Marianem Kossakowskim i majstrem Kazimierzem Krajewskim, rozpoczęło wyścig z czasem i z potężnym, niebezpiecznie pękającym filarem.

Trzeba było najpierw wznieść drewniane rusztowanie oraz równocześnie przygotować materiał do żelbetonowania, przede wszystkim zbrojarskie żelazne pręty i betonową zaprawę. Bez wytchnienia, z krótkimi tylko przerwami na skromne posiłki, pracowano cały dzień.

Gdy nadszedł wieczór, nad szykującym się do snu podnoszonym z ruin miastem, zapłonęła tajemnicza łuna wydobywająca się z ostrołucznych okien kościoła Mariackiego.

– Cóż to za światło zajaśniało nad Gdańskiem?

– Skąd bije ta łuna?

– Ach, coś się dzieje w kościele Mariackim! – mówili zdziwieni gdańszczanie.

– Pewnie w ruinach kręcą jakiś film wojenny!

Nie był to jednak film!

Potężne przeciwlotnicze reflektory, wypożyczone od wojska, oświetlały miejsce niezwykłej operacji.

Ci sami robotnicy, którzy od rana pocili się przy stawianiu rusztowań, zaczęli teraz zbroić i betonować filar. Tworzyli żelazobetonową obręcz z szybko wiążącego cementu.

Gdy w pośpiechu bandażowano groźną ranę kolumny, inżynier zaopatrzony w gwizdek z niepokojem spoglądał w górę. Od czasu do czasy sypał się stamtąd miałki tynk i rozlegały się głuche tąpnięcia. Obserwator dzierżył w swych rękach życie całej ekipy.

Od każdego roboczego stanowiska na rusztowaniu do najbliższego okna wiodły wykonane naprędce długie drewniane pochylnie, przypominające zjeżdżalnie w obecnych akwaparkach.

Gdyby tąpnięcie było większe obserwator miał niezwłocznie alarmować gwizdkiem, a robotnicy błyskawicznie uciekać, zjeżdżając pochylnią za okno. Na ten karkołomny wyczyn musiałaby wystarczyć niecała minuta.

– A więc gwizdek i zjazd! Powtarzam jeszcze raz: gwizdek i natychmiastowy zjazd! Bez oglądania się za siebie! Bez najmniejszej chwili wahania! Pamiętaj! Decyzja o ewakuacji nie należy do ciebie lecz do obserwatora, inżyniera! – przypominał majster.

– Zrozumiano! – padła zwięzła odpowiedź.

Wszyscy pracowali w skupieniu, odważnie lecz rozważnie, bez zbędnych słów, zerkając czasem ku filarowi i rozpiętym nad nim majestatycznym łukom gotyckiego sklepienia.

Minęła doba. Nad Motławą zaczęło już świtać, gdy żelbetowy płaszcz na filarze został zapięty na ostatni guzik.

Przygasły reflektory. Nareszcie można było odpocząć, usiąść, otrzeć pot z czoła i w ciszy podziękować Bogu za opiekę w czasie tak niebezpiecznej i trudnej pracy na dużej wysokości, w strefie bezpośredniego zagrożenia.

Załoga kościoła Panny Marii odetchnęła z ulgą. Spokojnie już, bez zbędnych emocji, wykonano potężne drewniane podpory zmniejszające obciążenie kolumny, aby móc obetonować ją na całej wysokości. Cała ta saperska wręcz operacja kosztował dziewięćdziesiąt tysięcy ówczesnych złotych.

Do dziś w północnej nawie Mariackiego prezbiterium przewodnicy pokazują zasłuchanym turystom, jako ciekawostkę architektoniczną, wyraźnie wykrzywiony filar, uratowany wraz ze wspaniałym gotyckim sklepieniem przez dzielną załogę „budowlańców” epoki odbudowy pięknego Gdańska i jego „korony” – konkatedralnej Bazyliki Mariackiej.

Praca to była ciężka i niebezpieczna, a ludzie wyniszczeni wojną. Często jedynym ich pożywieniem była kromka chleba ze smalcem lub po prostu posypana odrobiną cukru i polana wodą. Płacę otrzymywali mizerną. A za nią i tak niewiele mogli kupić.

Jednak każdy z nich wiedział, że zadanie trzeba wykonać – dla przyszłych pokoleń.

I nie zawiedli!

Cisi bohaterowie byli wśród nas!

Pierwszy etap odbudowy, obejmujący również rekonstrukcję bram i okien oraz ułożenie posadzki w większości z autentycznych zabytkowych płyt nagrobnych, zakończono uroczystym poświęceniem połowy świątyni 17 listopada 1955 roku. Dokonał tego ówczesny wikariusz kapitulny diecezji gdańskiej ksiądz infułat Jan Cymanowski.

Władze komunistyczne odmawiały bowiem zezwolenia na przybycie do odzyskanego Gdańska, mianowanemu przez Stolicę Apostolską pierwszemu po wojnie polskiemu ordynariuszowi gdańskiemu, biskupowi Edmundowi Nowickiemu.

Bazylika Mariackiej, chociaż ze zubożonym wnętrzem, ponownie stała się głównym akcentem Gdańska i jego wspaniałą wizytówką. Swym majestatycznym pięknem nieustannie zachwyca miliony ludzi z całego świata.


Legenda z tomu „Z legendą przez wieki”,

autor: Stan Bogdan,

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o. (Gdańsk – Pelplin) 2012

NABOŻEŃSTWA

INF. DLA TURYSTÓW

WYDARZENIA

DOJAZD